Do wieczora w pracy, więc dzisiaj Marek przyjechał po mnie do Nowego Tomyśla szosówką, zabrał auto i tym sposobem mogłam zrobić trening. Dzisiaj spokojnie, w tlenie. Dawno nie jechałam Trekiem, więc trochę było "dziko".
Treninig w przerwie pomiędzy myciem okien... Marek zarządził, że dzisiaj ma być ostro i zaproponował interwały. Pierwszy raz robiłam tę piramidę: 1-2-3-4-5-4-3-2-1...to masakra jakaś jest...te kilka minut interwału trwa jakby całą wieczność. No ale zadanie wykonałam i teraz cierpię na ból kolana, bo tak sobie dowaliłam. Kierunek na Chrośnicę, Boruję, Belęcin, Zakrzewo, Godziszewo, Chobienice i Zbąszyń. Pięknie tam wśród tej soczystej zieleni brzózek. A co ciekawe...wiatr był dzisiaj tak upierdliwy, że niezależnie jak bym nie zmieniła kierunku jazdy, to i tak miałam pod wiatr. Marek też miał dzisiaj takie odczucia.
Po pracy szybkie mycie okien i na rower. Połowę trasy jechało się przyjemnie, 2 zrywy 90sek. a od Belęcina pod wiatr...no i wyobraziłam sobie ten Dolsk w takim wichrze...ja pierniczę- mam nadzieję, że nie będzie tak wiało...
Jedyna szansa na jazdę była dzisiaj rano, bo do pracy jadę na 11 i nie wiadomo, o której zląduję do domu. Rozjechanie naokoło jeziora przez Perzyny, spokojnie, po raz pierwszy udało mi się nie wejść w trzecią strefę.
Wczoraj podarowałam sobie jazdę w wietrze i deszczu, ale dzisiaj nie mogłam już odpuścić. Ostatni raz przed Murowaną musiałam wsiąść na rower, jutro już tylko koncentracja(!) Marek podsunął mi dobrą traskę pod rozwagę i tak pojechałam- Lutol, Dąbrówka. Początkowo wiatr boczny, od Lutola masakraaa a apogeum na podjeździe przed Dąbrówką- co tam się robiło!!! Tumany piachu, oczy zamykałam, myślałam, że razem z rowerem mnie porwie, że już nie wspomnę, że prawie stałam w miesjcu mimo pedałowania. Rekompensata była za to w drodze powrotnej- wiatr w plecy:-) W założeniach dziś spokojna jazda i 2 zrywy 90-sekundowe, przerwa 3 minuty.
Wiosna, więc grzechem byłoby nie pojechać. Wiatr jednak dawał się we znaki. Kierunek na Chobienice, Babimost, Podmokle, w Nądni odbijam jeszcze naokoło jeziora. Walczyłam dziś ze sobą głównie mentalnie, ale i fizycznie, bo momentami odcinało mi prąd a nogi robiły się ciężkie. Muszę przełamać blokadę, która we mnie wstąpiła. Mam nadzieję, że zdążę zregenerować się w 100% przed niedzielą
Dobrze, że ten dzień już się kończy, bo mam dość! Z pracy pędem do domu, żeby zdążyć na rower nim zacznie padać. Pojechałam naokoło jeziora, naokoło Strzyżewa, przez Nowy Dwór na Wierzchaczewo i do domu. Jechało się ok, choć wiatr był denerwujący. Jak wróciłam do domu, to czekały na nas nasze zamawiane stroje teamowe...no i tu zaczęła się jazda... za duża koszulka, trochę za krótki rękaw w bluzie i źle wszyta wkładka w spodenkach... nic tylko ryczeć!
Na szczęście dzisiaj nie pada. Wstaliśmy z Markiem stosunkowo wcześnie, żeby ze wszystkim się wyrobić. On bierze się za malowanie pokoju, w międzyczasie okazuje się, że nasz dzisiejszy wyjazd do Poznania zostaje przełożony, więc ze spokojem pogodzimy treningi. Ja ruszam pierwsza, bo koniecznie chciałam zdążyć na transmisję biegu Justyny. Wybieram jednak górala, żeby przejechać się na nowych kołach, tarczach i oponkach:-) Nie zauważyłam w porę, że Marek nie przełożył mi magnesa od licznika...przejechałam kawałek, ale nie cofnęłam się do domu. Postanowiłam jechać tylko na pulsometrze- łatwiej tym sposobem zrobiłam tlen a kilometry mniej więcej wiem, jakie mogły być. Dzisiejsza traska: na Lutol (pod okropny wicher), na podjeździe przed Dąbrówką boczny wiatr przechyla mi rower, zjazd z wiatrem w plecy. W Zbąszyniu postanawiam ponownie odbić na Strzyżewo, przez wioskę spowrotem, ale mam jeszcze trochę zapasu czasu i postanawiam ochrzcić nowy sprzęt w terenie. Przebijam się więc przez osiedle i jadę przez Nowy Dwór, kawałek w terenie i na Wierzchaczewie zawracam do domu. Super się jechało! A poniżej foto mojego stuningowanego bike`a:-)))
Przed 11 wuruszam na Boruję. Dziś na moim bike`u:-) już się nie mogę doczekać, kiedy wypróbuję nowe koła- póki co czekamy na tarcze. Jazda bardzo przyjemna. W Stefanowicach pozdrawiam fajną babcinkę, dalej 5 saren przebiega mi drogę, piękne słoneczko, delikatny wiaterek. A na koniec- hit! Za Stefanowem wyprzedza mnie auto i się zatrzymuje- to moja szwagierka z rodziną. Chwilę rozmawiamy- patrzą na mnie jak na zjawę i pytają: "Co to jest ta rurka z płynem?" Odpowiadam: "Cewnik":-))) A teraz kubicuję Justynie...dziś sprint techniką klasyczną.
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )