Dziś trudno było się zebrać...jakoś pogoda nie zachęcała, było zimno, ciśnienie chyba niskie, bo chciało się spać. O 17 zmobilizowałam jednak Mareckiego i pojechaliśmy. Początkowo na Przyprostynię, Perzyny, w Nowej Wsi Marek odbija w polną i męczymy się pod wiatr i w piachu, po drodze atrakcja w postaci dużej kałuży, dobijamy do Nowej Wsi Zamek i stamtąd już na Nądnię. Po jeździe samopoczucie od razu lepsze:-)
Dziś ostatni - IV wyścig z serii Grand Prix Zielonogórskiego i zarazem ostatni- X wchodzący w skład GP Lubuskiego. Nerwy ogromne, bo zapowiadała się walka o V miejsce w GP ZG i II w GP Lubuskim- wszystko zależało od dobrego startu dzisiaj, bo gdyby coś poszło nie tak, to mogłam te pozycje utracić. Ogólnie pogoda nieciekawa, rano zimno, więc miałam dylemat z ubiorem. Na szczęście na czas startu wyszło słońce a drobny deszcz na trasie okazał się ochłodą. Od startu ruszyłam ostro. Zniknęła mi z oczu moja główna konkurentka, więc rozpoczęłam ucieczkę. I tak udało mi się wytrwać aż do końca. Momentami wątpiłam, czy to w ogóle możliwe, bo zazwyczaj siedziałyśmy sobie na kole. Jednak udało się:-))) Z ogromną satysfakcją dotarłam na metę. Osiągnęłam tyle, ile było możliwe i ile sobie założyłam (a nawet "ciut" więcej). A jechało mi się dzisiaj świetnie. Mimo wysokiego tętna nie "zatykało" mnie, miałam power-a do samego końca. No i pozytywnie odczułam spadek wagi o 4kg- było mi lżej. Po przeszło miesięcznej przerwie w zawodach przez uraz nadgarstka dziś w końcu poczułam adrenalinę. Tak więc: wyścig Drzonków- msc-e V, co dało dalej w GP Zielonogórskim msc-e V i w GP Lubuskim msce-e II- w końcu stanęłam na "pudle":-)
Przestało w końcu padać, więc zebraliśmy się na rower. Początkowa opcja naokoło jeziora zmieniła się z trakcie na opcję Lutol-Dąbrówka. W mieście zatrzymuje nas moja kuzynka z Anglii, więc wypada się zatrzymać i pogadać, bo wieki się nie widzieliśmy. Potem już ruszamy- dziś ja miałam"ciągnąć" Marka, ale pod ostry wiatr to ja siedziałam mu na kole. Na zjeździe od Dąbrówki prędkość fajna...zamarzyła się szosówka...:-)Tam Marecki mnie podpuścił- kazał mi sobie wyobrazić finisz zawodów i oddech rywalki na plecach...i poskutkowało:-) tętno posżło do 195:-)
Zorganizowałam sobie dzisiaj trening...Po pracy do wieczora czekałam aż przestanie padać. Około 19 przestało- robię więc szybką akcję i się ubieram. Początkowo dylemat-jak? I tego właśnie nie lubię w chłodniejsze dni- tego zastanawiania się czy będzie mi za zimno czy za gorąco. Plan- w szybkim tempie naokoło jeziora. Ostro zaczynam już od początku. Za Przyprostynią zaczyna kropić...przed Perzynami już pada. Chciałam dokończyć pętlę, ale doszłam do wniosku, że to nie byłoby rozsądne...bo nic by mnie bardziej nie zdenerwowało jak choroba na niedzielny wyścig (a z moją odpornością całkowite przemoknięcie tak mogłoby się zakończyć). Toteż na rondzie w Perzynach odbijam w prawo i wracam do Przyprostyni. Jestem i tak cała mokra...a ludzie na ulicy patrzą na mnie jak na jakieś "zjawisko"... Trudno- trening się nie udał, ale choć na chwilę "wkręciłam" się na obroty- ja się chyba uzależniłam od tego podwyższania sobie tętna...
Zastanawiam się, czy ktoś mógłby polecić naprawdę dobrą przeciwdeszczową kurtkę na rower, taką która wytrzyma dłużej niż 5 minut jazdy w deszczu???
Miało być dzisiaj ostro, ale jakoś nie wyszło wcale tak ostro...potwornie wiało momentami. Na podjazdach to mi prąd odcinało no i zazwyczaj było pod wiatr.
Wybraliśmy się dziś z Markiem na objazd trasy przed niedzielnymi zawodami w Drzonkowie. Było nas chyba 10-ciu. Trasa w lesie, ciekawa, będzie można się zmęczyć. Ja ledwo dziś za nimi nadążyłam. To była moja pierwsza jazda w terenie od miesiąca. Teraz smaruję nadgarstek maścią przeciwbólową..Ale brakowało mi właśnie tego wytrzęsinia i ubrudzenia:-)
Dziś piękny, słoneczny dzień- idealny na rower. W planach była dziś dłuższa jazda z Markiem i Mikim. Trasa przez Buków zostaje w trakcie trochę zmodyfikowana, bo odbijamy na Kargowę i stamtąd na Babimost. Dlaczego ja uwierzyłam, że jazda z nimi będzie spokojna? No niby była, ale jednak dla mnie to po wczorajszym ostrym treningu dziś było "zajechanie"...Wspomogłam się na trasie batonikiem, ale to właściwie pozwoliło mi przetrwać. Po 2h dokuczał mi już ból karku i pleców...nieprzyzwyczajona do długich wypadów.
W założeniu dziś ostro a żeby nie było za krótko, to postanawiam pobić rekord pętli na Kuźnicę. Początkowo udaje mi się utrzymać średnią prędkość ok.30km/h.Za Borują zaczyna się walka z wiatrem, który momentami spowalnia mnie do 25km/h. Przytrafił mi się dzisiaj kryzys psychiczny, czego już dawno nie było. Ogólnie udany trening- ręka na asfalcie nie dokuczała, polepszyłam czas- o jakieś 57s no i chyba wykręciłam dziś rekord średniej prędkości:-)
Szybko po pracy na rower, bo potem goście. Myślałam, że skoro trzeba się spieszyć, to może uda się ustanowić jakiś nowy rekord naokoło jeziora, ale nie wyszło...wiatr potworny!!! 41.27(ścieżki)
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )