W planach miałam trening, choć nie spodziewałam się, że mąż zaprosi mnie do wspólnej jazdy...Potem się zreflektowałam, że to pewnie przez to, że robił dziś rozjechanie po maratonie w Jeleniej Górze. Pojechaliśmy na Boruję, ale tym razem zaczęliśmy od drugiej strony czyli od Stefanowa. Nawet fajnie w tę stronę. Deszcz wisiał na włosku, ale padać zaczęło jak dotarliśmy do domku. Jazda na spokojnie, w tym kilka małych zrywów
Po 3 dniach przerwy miało być spokojnie, ale się nie dało. Momentami pod straszny wiatr, kierownicę mi wyginało. Runda naokoło jeziora a potem przez Strzyżewo do Zbąszynia.
Chlastawa-Kosieczyn-Babimost-Grójec i tam modyfikacja- odbijam w las na Nową Wieś...nie był to najlepszy pomysł, bo jak mnie wytrzęsło na tym kawałku, to ręka znów wysiadła..znów się podłamałam...a wczoraj było tak dobrze
Marek dziś nie skorzystał z mojego towarzystwa, więc pojechłam sama. Pętelka przez Boruję, Mariankowo, Stefanowo- z założenia najszybciej jak się da. I szło ostro, ale wiatr od Zakrzewka do Przyprostyni pokrzyżował mi plan...bo chciałam zmieścić się w godzince. Mimo to dziś mam poczucie, że poszło bardzo dobrze.
Z Markiem- Nądnia, Nowa Wieś, stamtąd polną do Nowej Wsi Zbąskiej- Perzyny-stamtąd polną na Zakrzewko, Stefanowo i ja do domu...Coś mi dzisiaj nie szła jazda. W terenie niestety nadgarstek dokucza :-(
Dziś się zawzięłam i zaraz po obudzeniu ubieram się na rower. Już dawno nie jechałam w długich spodniach i bluzie. Ominęłam dzisiaj ścieżki rowerowe, żeby zminimalizować ilość wstrząsów dla mojego nadgarstka. Pokręciłam standardowo naokoło jeziora. Czas kiepski, choć raczej bicie rekordów z niesprawną ręką jest mało realne...no i nie zakładałam dziś tego. Najważniejsze, że wkręciłam się na obroty i samopoczucie zaraz się poprawiło
1.08.2010r. Dziś pierwszy raz wsiadłam na rower...i się załamałam...myślalałam, że już będzie ok z ręką, bo opuchlizna mocno zmalała i zaczęłam ruszać nadgarstkiem, ale niestety nie mogę chwycić porzadnie i utrzymać kierownicy. Pytanie- jak to długo potrwa? Zdołałam pojeździć na ścieżce nad Wisłą w okolicach Wawelu podczas gdy Marek jechał w BM. O jeździe w terenie mogę póki co zapomnieć a i na asfalcie nie jest komfortowo...no ale trenować trzeba... Chirurga nie słucham, szynę zdjęłam po 2 dniach i od jutra wracam do treningów...w ostateczności na trenażerze...
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )