Po 12-godzinnym wysiłku intelektualnym trening to prawdziwe "wybawienie". Wyruszyłam dopiero przed 20, bo czekałam aż Marek wróci z treningu i przekaże i Treka- miałam dzisiaj ochotę na szosówkę. Traska następująca: przez Nądnię, Kosieczyn do Babimostu, stamtąd do Chobienic i dalej na Godziszewo, Zakrzewo, Belęcin, Mariankowo, Chrośnicę i na Zbąszyń. Od Chrośnicy piękny zachód słońca:-) Wydzieliło mi się dzisiaj dużo endorfin, to był taki fajny trening- bardzo ciepło, pusta szosa, muza i te zapachy z łąk i lasów:-) Porządnie się odreagowałam:-)
Zaczęłam dziś pisać swoje sprawozdanie do pracy...mam nadzieję, że uwinę się z nim w tydzień. Od jutra urlop i plan ambitny- wstaję rano, piszę na maxa a na odreagowanie fizyczne będzie trening popołudniu lub wieczorem. Dziś samotnie w kierunku na Chrośnicę, Boruję, Belęcin, w Zakrzewku zachciało mi się kawałek polną i jeszcze źle skręciłam...wyjechałam na drodze na Stefanowo. Jechało się ok, choć wiaterek czasem nieźle dokuczał.
Dzisiaj kolejny wyścig z cyklu Grand Prix Zielonej Góry i zarazem wchodzący w skład Grand Prix Lubuskiego. Start i meta za basenem w Zielonej Górze. Mijesce dla mnie pamiętne...rok temu przegrałam tam o pół koła z moją główną konkurentką na finiszu. Trasa ta sama, poprowadzona jedynie od drugiej strony i wydłużona o jedną pętlę. Nieskomplikowana, płaska i szybka; trochę piachów i kilka singli. Poczułam dziś duży stres przedstartowy, który zaowocował dość dobrym jak na mnie startem, bez przytkania. Dwie panie z czołówki mnie wyprzedziły, ale one pozostawały poza zasięgiem, więc tym się nie zmartwiłam, chciałam jedynie uciekać przed resztą...na połowie pierwszej pętli dogania mnie jedna ze startujących pań, ale nie jest w stanie mi uciec...i tak jechałyśmy większość wyścigu, koło w koło, nie miałam tyle sił, żeby jej uciec, dlatego w głowie pojawiła się myśl, że sensowniej będzie zachować siły do walki na finiszu.Trzykrotnie na punkt pomiaru wpadałyśmy z jednakowym czasem, ja tuż za nią. Na ostatniej, czwartek pętli próbuje przyspieszać, ale wytrzymuję i trzymam się blisko...i decydujący moment ma miejsce w lasku, gdzie koleżanka zakopuje się w piasku a ja mijam ją bokiem. Dalej pozostaje jeszcze mały singielek, strumyk, podjazd pod korzenie i potem już proste w lesie. Gnam za wyśrubowanym tętnie i co jakiś czas się odwracam...zniknęła...finiszuję na szczęście na spokojnie, co daje mi 3 miejsce:-)Zastanawia mnie, czy odpuściła walkę, czy to mi udało się w tym korzystnym momencie uciec. Świetnie mi się dzisiaj jechało, czułam się pewnie, czułam, że noga dobrze idzie i że tętno też ok. Dawno już nie wykręciłam takiego średniego i maksymalnego tętna...to pewnie zasługa wspólnej walki- koło w koło. Samotnie nie jestem w stanie się tak "wyśrubować"...
A po wyścigu ustawiam się na trasie i kibicuję naszym zawodnikom:-) ależ oni "szli", Maras z Irkiem gnali jak szaleni; udało mi się podać Markowi bidon- mistrzostwo normalnie. I wrażenia z wyścigu byłyby super, gdyby nie te niemiłe zmiany w klasyfikacjach i dekoracjach- jedna kategoria dekorowana do 3 miejsca, inna do 4 a jeszcze inna do 6...nie szło tego pojąć.
Marek z Mikim na szosę a ja na krótko w teren. Na Leśne Domki- tam 2 pętle w lesie- jedna tak jak zawsze, druga od przeciwnej strony. Powrót przez Przyprostynię i przez tamę, park do domu.
Zrealizowałam swój plan na dziś...w szkole uroczystości zakończenia roku szkolnego skończyły się dość szybko, więc wróciłam do domu, szybko się przebrałam i spowrotem ruszyłam do drugiej pracy tym razem już Trekiem. Wkurzające jest tylko to targanie ze sobą plecaka i rzeczy na przebranie. W drodze powrotnej odbijam na Chrośnicę i do domu.
Dzisiaj szybko skończyłam pracę i udało się pojechać razem z Markiem- zrobił sobie dzisiaj takie utrudnienie, że pojechał starą meridą a ja na Jego szosie. No i większość czasu "ciągnął" na przodzie...No i to była jazda sprawiedliwa- jak nigdy tętna porównywalne:-) Fajnie się jechało, super pogoda, nie za gorąco, choć wiaterek momentami też dawało się odczuć. Traska- początkowo na Babimost przez Chobienice, w Kosieczynie na Zbąszynek, stamtąd przez Dąbrówkę do Lutola i tam jeszcze dobijamy do Trzciela i spowrotem do Zbąszynia.
No i nadszedł dzień wyścigu w Kargowej…czuję do niego pewien sentyment, bo jak mnie pamięć nie myli to były moje pierwsze w życiu zawody w 2009r.. Rok temu też jechało mi się jak na tamten czas dobrze. Teraz podjęłam walkę na dystansie mega, co już mogę potraktować jako swój sukces i postęp względem wcześniejszych startów w Kargowej. Od rana pogoda była super- nie za ciepło i piękne słońce. Podjechaliśmy do Zbąszynka i stamtąd z Marianem, Filipem i Łukaszem na wyścig. Byłam dzisiaj dość mocno zestresowana startem. Fajnie, bo mieliśmy dzisiaj fotografa, który popstrykał nam fotki teamowe. Miki też dotarł i tez focił. Miałam możliwość startu z pierwszego sektora, choć szczerze mówiąc trochę bałam się tego szaleńczego startu elity. Obyło się jednak bez niemiłych niespodzianek. Zaczęłam dość ostro, co po kilku km zaowocowało „powtórką z Dolska”…czyli bólem podbrzusza. Byłam zmuszona jednak trochę zwolnić. Wtedy też doganiają mnie znajome i tracę nadzieję na utrzymanie ich tempa… (na mecie okazało się, że wybrały jednak dystans mini). Cały czas jadę z przeświadczeniem, że mi uciekły i że teraz to ja muszę nie dać się dogonić tym, co za mną. Udaje mi się pokonać wszystkie trudniejsze zjazdy. Pod koniec pierwszej pętli cudem unikam kraksy…jedziemy w trójkę, jeden za drugim nad jeziorem- pierwszy się nagle przewraca, Olga prawie wpada na niego a mi cudem wypina się lewa noga…w przeciwnym razie leżelibyśmy jeden na drugim. Na końcówce pierwszej pętli trzymam się dwóch panów w nadziei, że schowam się za nimi na drugiej pętli na odcinku pod wiatr…w międzyczasie dociera Kasia i gna do mety…a panowie niestety również. I tak właściwie całą drugą pętlę walczyłam samotnie- nikogo przed i nikogo za mną nie widziałam. I już mi się pojawiały myśli, czy ja aby przypadkiem nie będę ostatnia na mega… Udało się przejechać też tę drugą pętlę, nawet pewniej zjechać zjazdy, choć na podprowadzaniu w dwóch miejscach byłam już nieźle wykończona. Skurcze zaczynały się odzywać, ale magnez chyba jednak pomógł. Na Linach słów otuchy dodał jeszcze Janek i dokulałam się samotnie na metę, gdzie czekał Marecki i zakomunikował mi, że jestem piąta na mega…Jak się potem okazało na wynikach końcowych jednak 6. Tak czy inaczej byłam mocno usatysfakcjonowana, bo się takiego miejsca dzisiaj nie spodziewałam, no i pokonałam tę traskę w czasie krótszym niż przypuszczałam I to jest super! A Marecki też był dzisiaj 6 w swojej kategorii, więc zajęliśmy takie same miejsca:-)
Wkurza mnie ten notoryczny brak czasu ostatnio...jedyne co udaje mi się wygospodarować to max. godzina jazdy. Dzisiaj na Marka szosie naokoło Kuźnicy w górnym tlenie
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )