MTB Kaczmarek Electric KARGOWA
Niedziela, 19 czerwca 2011
· Komentarze(0)
Kategoria Zawody MTB
No i nadszedł dzień wyścigu w Kargowej…czuję do niego pewien sentyment, bo jak mnie pamięć nie myli to były moje pierwsze w życiu zawody w 2009r.. Rok temu też jechało mi się jak na tamten czas dobrze. Teraz podjęłam walkę na dystansie mega, co już mogę potraktować jako swój sukces i postęp względem wcześniejszych startów w Kargowej.
Od rana pogoda była super- nie za ciepło i piękne słońce. Podjechaliśmy do Zbąszynka i stamtąd z Marianem, Filipem i Łukaszem na wyścig. Byłam dzisiaj dość mocno zestresowana startem.
Fajnie, bo mieliśmy dzisiaj fotografa, który popstrykał nam fotki teamowe. Miki też dotarł i tez focił. Miałam możliwość startu z pierwszego sektora, choć szczerze mówiąc trochę bałam się tego szaleńczego startu elity. Obyło się jednak bez niemiłych niespodzianek. Zaczęłam dość ostro, co po kilku km zaowocowało „powtórką z Dolska”…czyli bólem podbrzusza. Byłam zmuszona jednak trochę zwolnić. Wtedy też doganiają mnie znajome i tracę nadzieję na utrzymanie ich tempa… (na mecie okazało się, że wybrały jednak dystans mini). Cały czas jadę z przeświadczeniem, że mi uciekły i że teraz to ja muszę nie dać się dogonić tym, co za mną. Udaje mi się pokonać wszystkie trudniejsze zjazdy. Pod koniec pierwszej pętli cudem unikam kraksy…jedziemy w trójkę, jeden za drugim nad jeziorem- pierwszy się nagle przewraca, Olga prawie wpada na niego a mi cudem wypina się lewa noga…w przeciwnym razie leżelibyśmy jeden na drugim.
Na końcówce pierwszej pętli trzymam się dwóch panów w nadziei, że schowam się za nimi na drugiej pętli na odcinku pod wiatr…w międzyczasie dociera Kasia i gna do mety…a panowie niestety również. I tak właściwie całą drugą pętlę walczyłam samotnie- nikogo przed i nikogo za mną nie widziałam. I już mi się pojawiały myśli, czy ja aby przypadkiem nie będę ostatnia na mega…
Udało się przejechać też tę drugą pętlę, nawet pewniej zjechać zjazdy, choć na podprowadzaniu w dwóch miejscach byłam już nieźle wykończona. Skurcze zaczynały się odzywać, ale magnez chyba jednak pomógł. Na Linach słów otuchy dodał jeszcze Janek i dokulałam się samotnie na metę, gdzie czekał Marecki i zakomunikował mi, że jestem piąta na mega…Jak się potem okazało na wynikach końcowych jednak 6. Tak czy inaczej byłam mocno usatysfakcjonowana, bo się takiego miejsca dzisiaj nie spodziewałam, no i pokonałam tę traskę w czasie krótszym niż przypuszczałam
I to jest super! A Marecki też był dzisiaj 6 w swojej kategorii, więc zajęliśmy takie same miejsca:-)
Od rana pogoda była super- nie za ciepło i piękne słońce. Podjechaliśmy do Zbąszynka i stamtąd z Marianem, Filipem i Łukaszem na wyścig. Byłam dzisiaj dość mocno zestresowana startem.
Fajnie, bo mieliśmy dzisiaj fotografa, który popstrykał nam fotki teamowe. Miki też dotarł i tez focił. Miałam możliwość startu z pierwszego sektora, choć szczerze mówiąc trochę bałam się tego szaleńczego startu elity. Obyło się jednak bez niemiłych niespodzianek. Zaczęłam dość ostro, co po kilku km zaowocowało „powtórką z Dolska”…czyli bólem podbrzusza. Byłam zmuszona jednak trochę zwolnić. Wtedy też doganiają mnie znajome i tracę nadzieję na utrzymanie ich tempa… (na mecie okazało się, że wybrały jednak dystans mini). Cały czas jadę z przeświadczeniem, że mi uciekły i że teraz to ja muszę nie dać się dogonić tym, co za mną. Udaje mi się pokonać wszystkie trudniejsze zjazdy. Pod koniec pierwszej pętli cudem unikam kraksy…jedziemy w trójkę, jeden za drugim nad jeziorem- pierwszy się nagle przewraca, Olga prawie wpada na niego a mi cudem wypina się lewa noga…w przeciwnym razie leżelibyśmy jeden na drugim.
Na końcówce pierwszej pętli trzymam się dwóch panów w nadziei, że schowam się za nimi na drugiej pętli na odcinku pod wiatr…w międzyczasie dociera Kasia i gna do mety…a panowie niestety również. I tak właściwie całą drugą pętlę walczyłam samotnie- nikogo przed i nikogo za mną nie widziałam. I już mi się pojawiały myśli, czy ja aby przypadkiem nie będę ostatnia na mega…
Udało się przejechać też tę drugą pętlę, nawet pewniej zjechać zjazdy, choć na podprowadzaniu w dwóch miejscach byłam już nieźle wykończona. Skurcze zaczynały się odzywać, ale magnez chyba jednak pomógł. Na Linach słów otuchy dodał jeszcze Janek i dokulałam się samotnie na metę, gdzie czekał Marecki i zakomunikował mi, że jestem piąta na mega…Jak się potem okazało na wynikach końcowych jednak 6. Tak czy inaczej byłam mocno usatysfakcjonowana, bo się takiego miejsca dzisiaj nie spodziewałam, no i pokonałam tę traskę w czasie krótszym niż przypuszczałam
I to jest super! A Marecki też był dzisiaj 6 w swojej kategorii, więc zajęliśmy takie same miejsca:-)



