Krótko i treściwie...KO! Najdłuższy mój wyścig- trasa interwałowa, masa piachu, podjazdy i liczne zjazdy. Pierwsza pętla ok- jechało mi się dobrze, rany nie dokuczały- Marek zrobił mi super opatrunki. Po pierwszej pętli decyduję się ryzykować dystans mega- walczyłam w końcu o pozycję w generalce... I taką sobie krzywdę zrobiłam, że coś strasznego- skoki tętna, mroczki przed oczami, wymioty, zawroty głowy, potworne skurcze...od 40 km miałam 2 takie poważne kryzysy. Po dojeździe na metę nie wiedziałam gdzie jestem. Jak dobrze, że Marek pojechał ze mną ten dystans...umarłabym pewnie w lesie nieodnaleziona przez nikogo... wspierał i czekał aż zbiorę siły, ale w żadnym momencie nie pomógł mi fizycznie np. pomagając pchać rower. To był ostatni wyścig sezonu, ostatnia walka. Straciłam w niej dużo zdrowia- całą noc nie spałam, mam skoki ciśnienia- od wysokiego po niskie, jestem wyczerpana...zwalniałam się nawet dzisiaj z pracy, bo nie mogłam ustać na nogach. I w sumie powinnam mieć satysfakcję, bo cel osiągnęłam- 4 miejsce w generalce...jaka szkoda tylko, że wszystko zepsuli organizatorzy- na dekoracji nie zostałam w ogóle ujęta, moja główna rywalka miała satysfakcję, że jest przede mną w generalce a wcale tak nie jest...dziejsze wyniki na stronie wyścigu nie zgadzają się z wczorajszymi. Bardzo to przykre!!! Kolejne rozczarowanie w tak krótkim czasie- najpierw niesprawiedliwy werdykt w walce o Suzuki podczas finału cyklu Powerade`a, teraz ten burdel w wynikach klasyfikacji GP Kaczmarek Electric...Mam niesmak na koniec sezonu i zamiast cieszyć się osiągnięciami, to zaczynam się zastanawiać w imię czego? Człowiek cieszy się z sukcesów, podnosi po porażce, trenuje, 3/4 życia podporządkowuje zawodom i po to, żeby na koniec przez błędy innych nie zostać w ogóle prawidłowo sklasyfikowanym... Sport to zdrowie?!...ja tracę co roku niestety coraz więcej zdrowia...i czym bardziej się w to angażuję, tym większe spustoszenia w mojej psychice...Cóż...może poprostu nie nadaję się do uprawiania żadnego sportu, może jestem za mało odporna? Choć to w sumie rower dał mi większą pewność siebie i upór w dążeniu do celu...
Dane z pulsometru szacunkowe, bo po wjeździe na metę ktoś mi go zresetował
Od rana walczę z myślami- co zrobić? jechać czy nie? czy dam radę? W nocy nie mogałm spać z bólu ran, potem na szczęście ketonal pozwolił mi zasnąć. Szykuję się jednak tak jak na wyścig- postanawiam podjąć decyzję po tym jak wsiądę na rower. Marek zrobił mi opatrunki i wyjechaliśmy na stadion. Aż do boiska myślę co zrobić, po dotarciu jednak postanawiam zaryzykować i choćbym miała jechać 4h to podjąć walkę z bólem. Przed wyścigiem typujemy czs 299 zawodnika...jak się potem okazuje- moment dla mnie przełomowy... Chłopaki ruszają na mega, ja na spokojnie, bez wielkich szaleństw jak zazwyczaj ustawiam się na starcie mini. I walczę, już po kilku km czuję że plaster z uda się przesuwa- rana pali i piecze ale najbardziej dokuczliwy staje się ból zdartego i chyba odbitego łokcia na zjazdach...tam się moja jazda na maratonie "kończy". Raz, że miałam najzwyczajniej barierę i strach przed zjeżdżaniem a dwa- potwornie bolał mnie łokieć i nie mogłam utrzymać tą ręką kierownicy. Tak więc jadę na zjazdach jak ostatnia ofiara albo schodzę z rowera. Na podjazdach tak dużo nie straciłam, za to na zjazdach potwornie. Czas wychodzi mi bardzo kiepski, ale i tak dojeżdżam na metę dumna z siebie. W końcu nie każdy po takim poturbowaniu wsiadłby na rower.A widoki przepiękne- zakochałam się w tych górach:-)
I nie spodziewałabym się przenigdy, co przyniesie mi wieczór...Okazało się, że wytypowałam czas 299 zawodnika z pomyłką o 19s...a to oznaczało walkę o SUZUKI(!) Nogi mi się trzęsły z nerwów. Dostałam taką szansę, jaka już nigdy mi się w życiu pewni nie przytrafi...los dał nadzieję, dał ogromną nadzieję, bo nic nie wskazywało na to, że przegrałam walkę o to auto...Na "specu" utrzymałam się całkiem nieźle, nie strąciłam barierek...wyglądało na to, że wygram...i zaczęłam w to wierzyć... mój przejazd chyba technicznie najlepszy, komentarz organizatora, że "to była jazda po zwycięstwo"...i werdykt sprowadzający mnie na ziemię...zadecydowały setne sekund w pomiarze dokonananym ręcznie... Odchorowuję to, leczę swoje nerwy...nie wiem, kiedy się po tym zdarzeniu pozbieram...
A póki co przede mną ostatni wyścig w niedzielę i modlę się o szybkie gojenie ran i o odzyskanie dyspozycji...na jutor wzięłam urlop specjalnie na trening i teraz nie wiem, co zrobię...Zobaczymy...
Niekończące się długie podjazdy...tak w skrócie mogę określić maraton w Międzygórzu. Początkowo te podjazdy mi nawet wychodziły, ale potem już było kiepsko...łatwo traciłam równowagę a potem nie mogłam już wystartować pod górę. Generalnie przerąbałam już całą generalkę, moja rywalka wzięła mnie na "podejściu", gdzie ja "umierałam" bardziej męcząc się prowadzeniem rowera. Udało mi się tych kilka "technicznych" odcinków zjechać, jedyna satysfakcja, choć też do gleby dużo nie brakowało.
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )