Marek z Mikim, ja sama w kierunku na Boruję. Powinnam zrobić przerwę w treningach, bo brat zapisał leki i nastraszył mnie czym grozi nie leczony ból ścięgna Achillesa... Nie wytrzymałabym jednak bez jazdy w takiej pogodzie, toteż w założeniu delikatnie, w tlenie. Korciło mnie, żeby jeszcze w Przyprostyni odbić naokoło jeziora, ale ostatecznie rozsądek wziął górę.
Postanowiłam dać upust swojemu dzisiejszemu wkurzeniu i zejść z drogi wszystkim, którzy mogliby ucierpieć. W planach dłuższy niż zazwyczaj tlen. Początkowo na Babimost przez Chobienice, przez miasto na Podmokle Małe, Kosieczyn i w Nądni odbicie naokoło jeziora. Za Nądnią doganiam ciągnik- podczepiam się pod niego i wiozę się tak aż za Nową Wieś Zbąską. Czuję dzisiaj łydki i pośladki, ogólne "zajechanie", zmuszam się jednak jeszcze na pętlę naokoło Strzyżewa od strony cmentarza.
A miało być tak fajnie...Wybrałam się dzisiaj rowerem do pracy... była niebywała okazja, bo w szkole Dzień Sportu, więc nie byłoby problemu z nietypowym strojem itp. Wstałam rano, spakowałam się i o 7.00 ruszyłam. Było chłodnawo, choć na to byłam przygotowana. Robiło mi się jednak coraz bardziej mokro w plecy...Jak już wyraźnie miałam mokre spodenki i bluzę, to się zatrzymałam i okazało się, że niezawodny do tej pory bukłak cieknie- zalał plecak, a plecak mnie. Było to mniej więcej za Wierzchaczewem, więc wiksa do domu. Nie jestem w stanie opisac swojego wk... Szybka przesiadka do auta, bo już bym nie zdążyła. Na miejscu dalsze pasmo nieszczęść...na ogromnym boisku wykopnięta piłka trafia akurat we mnie i mój kubek z kawą, więc jestem cała oblana. Jedyny fajny moment,to mecz siatkówki nauczyciele-uczniowie. Nie grałam od czasu LO, ale poszło całkiem nieźle...nie zaszkodziłam drużynie:-) Wygraliśmy. Teraz zbieram się na trening, ale aż się boję co jeszcze mi się do wieczora przydarzy- pech mnie dziś prześladuje...
Marek do końca nie wiedział, czy będą robić dzisiaj czy jutro objazd trasy w Kargowej. Okazało się jednak, że dzisiaj, więc musiałam załatwić obowiązki w ekspresowym tempie. "Uwielbiam" takie niedogadanie... Ja dojeżdżam autem nad jezioro w Linach, po chwili docierają Marek, Maras, Filip. Okazuje się, że pod szkołą czeka ekipa Teamu Kargowa, która nas prowadzi. Gdybym wiedziała, że będzie taki skład to bym się na ten objazd trasy raczej nie pchała...widziałam jak się męczyli tym "żółwim" tempem i czekaniem na mnie.
Zbieram się przed 20 po ceremoniach z racji Dnia Matki:-)W planie godzinka jazdy, więc najpierw naokoło jeziora a potem jeszcze naokoło jeziora. Planowałam niższy tlen, ale jakoś mi nie wychodzi. Na podjazdach wstępuje we mnie jakiś diabeł i za każdym razem jak tamtędy jadę to próbuję podjechać je z wyższą prędkością. Fajnie się jechało, słoneczko zachodziło, wiatr się trochę uspokoił.
Mieliśmy robić dzisiaj z Markiem podjazdy na górkach w Podmoklach...no i on zrobił a ja nie, bo mnie pogoda odstraszyła- silny wiatr i deszcz lada chwila. Jak sobie wyobraziłam swoje wkucie podczas jazdy z nim i Marianem, to postanowiłam tego uniknąć. I oddzieliłam się od Marka- on na Zbąszynek a ja na Strzyżewo. Wmordewind- jedzie mi się okropnie, chyba mnie jakiś kryzys znowu dopada. Od Strzyżewo szybko z wiatrem w plecy i do domu. Chyba najbardziej bezsensowny trening w tym roku... Poddałam się dzisiaj, zabrakło siły woli.
Zostałam sama w domu z papierami. Trochę popracowałam, ale za długo nie wytrzymałam. Piękna pogoda, więc ruszam. W planie tlen, choć przytrafiło mi się kilka zrywów, m.inn. ściganie z gościem, który mnie zaczął wyprzedzać i chyba myślał, że nie dam rady. Miało być naokoło jeziora, ale w Nądni po krótkiej rozmowie z ciotką modyfikuję trasę i ruszam na Zbąszynek, Dąbrówkę, Lutol i przez Strzyżewo do domu.
Pierwszy raz umówiłam się z koleżanką z pracy na wspólną jazdę. Marysia zaczęła niedawno jeździć na rowerze głównie w celu zrzucania kilogramów. A rower ma "nieziemski"... Kiedyś go widziałam a dziś miałam szansę przejechania się nim kawałek:-) To jakaś masakra- niczym chopper, potwornie ciężki, ile siły trzeba włożyć, żeby go rozbujać...no ale lans jak nic- kilka razy podczas naszej jazdy padały teksty cyt."jaki zajebisty rower":-) A Maryśka lubi być oryginalna! Generalnie bardzo fajne sobotnie popołudnie. Dla mnie taka jazda z koleżanką to nowość, bo przecież jeśli już w towarzystwie to jednak chłopaków. A pojechałyśmy tak: spotkałyśmy się na krzyżówce Łomnica-Chrośnica i ruszamy na Boruję, dalej nad jeziorkiem przebijamy się do Kuźnicy Zbąskiej (tutaj miałam okazję doświadczyć jak rower szosowy zachowuje się na piasku- prawie się wywaliłam), stamtąd do Borui Kościelnej i Marysia chce jeszcze...więc prowadzi mnie nieznaną dotąd drogą przez Cichą Górę, Sątopy. W Sątopach mały przystanek na uzupełnienie płynów i przejechanie się meridą... Marysia jednak przejażdżki Trekiem nie zaryzykowała. Z Sątop dojeżdżamy do Róży i dalej ścieżką rowerową do Nowego Tomyśla. Odtransportowuję koleżankę do domu, częstuje mnie redbullem i zmykam na dom...teraz już ostra jazda- nie schodziłam poniżej 30km/h Myślałam, że bardziej mnie zmęczy "wolna" jazda, ale nie było źle, pogadałyśmy, no i po raz pierwszy jechałam z kimś, kto miał wyższe tętno niż ja:-))) Marysia pobiła swój rekord km - wyszło jej 55 i pomimo "zajechania" reflektuje na podobne przejażdżki w przyszłości, więc może częściej uda nam się umawiać.
No dzisiaj to było krótko, ale z "atrakcjami". Zebrałam się ok.18 z myślą, że w żwawym tempie pojadę naokoło Kuźnicy. Dzwonię do Mikiego, który już kręcił- okazuje się, że jest w Zbąszynku i reflektuje jeszcze na przejażdżkę. Spotykamy się za Nądnią i definitywna zmiana planów, bo burza nadchodzi. Miałam nadzieję, że zdążymy naokoło jeziora, ale przed Nową Wsią dopada nas deszcz. Zaczyna grzmieć i błyskać coraz mocniej, więc postanawiamy przeczekać w sklepie w Nowej Wsi. Potem już do domu, opryskani, ale ogólnie ok.
Wróciłam z pracy przed 19 a o tej porze to zazwyczaj już mi się nie chce kręcić. Ostatecznie jednak postanawiam zrobić mały tlenik. W planach miałam kierunek na Zbąszynek przez Dąbrówkę, ale jak zobaczyłam zakorkowaną tirami ulicę 17Stycznia to odbijam na Nądnię i zmieniam plany. Jedzie się niby ok, ale kilka razy sprawdzałam, czy nie jadę na flaku, co interpretuję zazwyczaj dwojako- albo pana albo noga zajechana. Mam kilka momentów, że nie wiadomo z jakiej przyczyny przyspieszam, ale staram się już jednak potem trzymać tlen. Przed Perzynami zaczyna mi coś "rzęzić"...myślałam, że to coś w korbie, ale po chwili coś dzieje się z lewym pedałem...Tak więc od Perzyn miałam niebywałą "przyjemność" kręcenia jedną nogą, bo lewa się ciągle wypinała. Ciekawa jestem, co tam się stało- jutro Marecki zobaczy, ale sam stwierdził, że dziwna sprawa z tym pedałem (...)
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )