Teren w Wolsztynie z Markiem i Mariankiem...Dla mnie dobry trening... dla chłopaków- grzybobranie- zatrzymywali się co chwilę i zbierali "prawdziwki". Zimno...mimo rozgrzania i tak przemarzłam, chłód jest już bardzo dokuczliwy.
Planowane objechanie trasy w Wolsztynie. To była MASAKRA- jazda po imprezie zjazdu absolwentów okazała się "wyczynem"... tak więc, szału nie było...byle dojechać
Piękna pogoda a ja znów mam mało czasu na trening, bo dzisiaj Zjazd Absolwentów LO...:-) Tak więc wyruszam już przed 8 - kierunek na Dąbrówkę a że zamknęli przejazd kolejowy odbijam na Nądnię i tam przebijam się na trasę na Dąbrówkę, przez Lutol, potem odbicie na Strzyżewo i powrót do domu. Pogoda świetna, szkoda że nie mam więcej czasu na jazdę...
Dziś znowu szybka akcja, bo wróciłam z pracy o 15 a na 18 musiałam wracać do Tomyśla. Tak więc tylko runda naokoło jeziora. Dziś miałam głód terenu, więc w Nowej Wsi Zbąskiej i Zamek oraz w Nądni wybrałam opcję w terenie. Pogoda piękna:-)- ubrałam się najpierw na długi rękaw, ale przebrałąm się w porę na krótko i było ok.
Dziś tak jak tydzień temu Marek przyjechał po mnie do pracy szosówką, zabrał auto a ja wróciłam rowerem. Miałam towarzystwo Mikiego. O wiele lepiej się jedzie w SPD-kach. Przed Zbąszyniem korek utrzymujący się od rana przez wypadek na trasie, więc mieliśmy na koniec slalom między tirami i jazdę po chodniku...
I znów miałam dylemat- czy startować?... bo od czwartku walczę z przeziębieniem. Oczywiście wbrew rozsądkowi wystartować trzeba było. Trasa bardzo ciekawa, długie podjazdy, kilka niezłych zjazdów. Czułam się dziś kiepsko, organizm jednak osłabiony. Miejsce: 2 w swojej kategorii i w open kobiet
Pełna desperacja, codziennie do wieczora w pracy, więc jak wracam to robi się już ciemno, nie ma kiedy trenować. W związku z tym dzisiaj Marek tak ustawił swój trening, że zakończył go w Tomyślu- przyjechał po mnie do pracy na 18 i zamieniliśmy się środkami transportu- on zabrał opla, ja treka. Rzeczy na przebranie zabrałam w plecak.Dojazd do tablicy Zbąszynia, bez wielkich szaleństw zajął mi 30 minut; potem jeszcze odbicie na Strzyżewo i powrót do domu. P.S. - dostałam dziś prezent od Mareckiego...kupił mi długie rękawiczki:-)więc zaraz były przetestowane
Dziś pomimo pięknej pogody na rower wsiadłam dopiero wieczorem. Miałam na "wakacjach" siostrzeńca i jego pobyt trochę się przedłużył. Byłam już coraz bardziej poirytowana faktem, że zaraz się ściemni i trening mi przepadnie. Tak więc pozostała jedynie pętla naokoła jeziora...w Przyprostyni już czułam, że dziś mogę powalczyć o rekord czasu na tej trasie i cisnęłam od początku. W ogóle stwierdzam, że nie ma to jak mój giant- na nim czuję się najlepiej:-) Wczoraj na Marka "Pomykaczu" to była porażka...
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )