Wróicłam z pracy po 13 po to by na 16 jechać spowrotem na badania okresowe. I dylemat- kiedy rower, bo w sumie miałam mało czasu. Szybko się jednak przebrałam i zrobiłam kółko naokoło jeziora. Nieźle dziś wiało. Dobrze, że nie zostawiłam treningu na wieczór, bo oczywiście badania się przedłużyły i wróciłam późno... I ja tu myśleć o porządnym przygotowaniu do następnego sezonu, jak weszłam już na pełne obroty w pracy i doba jest za krótka...powinnam się zwolnić z jednej pracy...
Mój drugi start w Bike Maratonie. Nareszcie mogłam czynnie poddać się tej atmosferze. Poszło bardzo dobrze- wykręciłam trzecie miejsce w K2- ostatni rok w tej kategorii. Trasa płaska, kilka mocno piaszczystych odcinków, jechało mi się dobrze. Jak już powyprzedzałam te babki, co się dało to pozostali mi mężczyźni:-)...ku ich zdenerwowaniu. Jedyne co mi się nie podobało to za krótka trasa...przegięcie z tymi 16km...
Dziś Marek zaszczycił mnie możliwością pierwszej jazdy na szosówce. To jego prezent i nie chciałam się na niej wywalić na pierwszej jeździe... Na szczęście obyło się bez żadnej kraksy... Wrażenia z jazdy- początkowo trochę "dziko", stresował mnie przejazd przez miasto, bo panowanie nad rowerem na razie kiepskie. Mknie jak pocisk! Wcale go nie słychać. Tak naprawdę to dopiero Marek przetestuje go na 100%- ja bałam się rozwijać duże prędkości. Pojechaliśmy pętlę zaczynając od Stefanowa, przez Belęcin. W Mariankowie zaczęło padać i dawało dość mocno do Stefanowic...przez okulary prawie nic nie widziałam... W sumie to Trek zaliczył chrzest bojowy- w deszczu!!! Potem go jednak wyczyściłam:-)
Ruszamy najpierw na Strzyżewo- rzekomo na rozgrzewkę...jak dla mnie to już nie była rozgrzewka. Przy odbiciu na Nądnię chłopaki przyspieszają- pewnie nie dawali z siebie wszystkiego , bo utrzymałam się Markowi na kole do podjazdu przed Nową Wsią. Na końcówce podjazdu zostaję w tyle...staram się ich gonić, ale to już jest mało realne. Tętno wysokie, na miarę możliwości cisnę, żeby padł rekord...NO i padł- do "4-ki" wychodzi mi 38 minut. Prawdziwym rekordem bym jednak tego nie nazwała, bo oni mnie pociągnęli na początku... Potem spokojnie wracam do domu
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )