Mój pierwszy górski wyścig:-) Ukończyłam cało i zdrowo:-) i utrzymałam po raz trzeci 3 miejsce:-) Stresa miałam okropnego przed startem. Poprostu się bałam, zwłaszcza tych zjazdów, o których opowiadał Piotr. Przed startem zagaduje Jagna z koleżanką i się oficjalnie poznajemy. Ruszamy razem. Nawe nie marzę o tym, żeby się z nią ścigać, ale poczatek wyglądał nienajgorzej. Podjazd na Jawornik Wielki...do ok.6km mam ją w zasięgu wzroku, jest niedaleko. Ostatnie km podjazdu to już się robi dla mnie masakra...ale jadę i jestem z siebie dumna, że podjeżdżam, gdy inni prowadzą. Na 2km przed końcem podjazdu dochodzi mnie koleżanka Jagny i czuję jej oddech na plecach. Wdrapujemy się i się zaczyna...Pierwszy techniczny zjazd...zaczynam go zjeżdżać i nagle strach mnie paraliżuje, z ledwością się zatrzymuję i z trudem sprowadzam. Potem już staram się jechać. Sztywnieje mi kark i ręce od hamowania. Zdecydowanie dystans mini okazuje się w sam raz na poczatek ścigania w górach. To było super przeżycie, z wielka satysfakcją dotarłam na metę- szczęśliwa, że żyję:-)
Miałam dziś przygodę...po pracy szybko wpadam do domu, przebieram się i ruszam naokoło jeziora. Po rozgrzewce robię dwa 90-sek. zrywy. Jestem już za górką w Nowej Wsi i okazuje się, że mam panę...musi być ten pierwszy raz. Docieram z buta do Nowej Wsi Zamek i tam zgarnia mnie Marek. I skończyła się jazda... Miałam więc potem szał pakowania, bo jutro po pracy kierunek Bielawa...a stamtąd mamy już tylko niecałe 40km do Złotego Stoku...boję się tego I górskiego wyścigu...mam nadzieję, że się nie potrzaskam.
Niby mi się nie chciało, ale coś mnie naszło i wyjechałam na Leśne Domki. Tam 2 pętle w lesie, potem trochę pokręciłam i powrót do domu. Zajechałam jeszcze na górki do parku i tak kilka podjazdów. Wróciłam do domu i zaczęło lać, cudem zdążyłam przed burzą.
Z Markiem. Kierunek na Leśne Domki. Myślałam, że tam będziemy robić pętle, no ale trafiliśmy do Kuźnicy. Tam przez moment miałam frajdę z jazdy na mini sekcji technicznej po korzeniach nad jeziorkiem. A poza tym wszechobecny piach...i już mnie to dzisiaj wyprowadziło z równowagi. Poza tym nie panowałam dziś nad rowerem- 2 razy mnie przygniótł. Powrót przez Szarki, Grubsko, marzyłam już o asfalcie. Od Stefanowic samotnie do domu przez Chrośnicę.
Właściwie miałam się dzisiaj regenerować i w planach był dzień bez rowera. No ale przyjechał brat z rodzinką na Święta i chciał się przejechać naokoło jeziora, więc uległam bez proszenia. Mariusz na starej meridzie Marka, ja na szosówce. Miało być spokojniej, ale Mariusz nieźle pociskał, no i gadaliśmy podczas jazdy, więc momentami łapałam zadyszkę.
W końcu zrealizowałam swój zamiar przejechania się do pracy rowerem. Wyjechałam o 6:20, oczywiście jazda bardzo spokojna, wręcz powolna, żeby jako tako wyglądać potem między ludźmi. A w pracy totalne poruszenie...bo co to za dziwne pedały, jaki śmieszny strój, jaki lekki rower (oj, nie mają dziewczyny pojęcia, ile powinien ważyć rower do mtb:-)) itp., itd. Nawet nie miałam siły tego wszystkiego tłumaczyć, bo i tak nie ogarną:-) Ogólne wrażenia niezłe, troszkę chłodno rano, no i masakryczny ruch na tej drodze do Nowego Tomyśla a przy tym porąbani kierowcy wciskający się na trzeciego
Pierwsza w tym roku próba sił na standardowej trasce naokoło jeziora. Różnica taka, że pierwszy raz zrobiłam przed porządną rozgrzewkę naokoło Strzyżewa. Pod domem zeruję licznik i ogień. Oczywiście w mieście okropny ruch- tak na początku, jak i na końcu jazdy. Dwa razy byłam zmuszona do ostrego hamowania przez kierowców-idiotów, zaczynam się normalnie bać jazdy po własnym mieście(!) Ogólnie to "życiowego" rekordu na pewno nie pobiłam, ale muszę poszperać w statystykach ile mi dokładnie zabrakło. Może uda się to w tym sezonie...
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )