Ostatni piątek, kiedy wracam szybciej z pracy. Piękne słońce, więc mimo poturbowania postanawiam wyjść na rower. Chce mi się! To jest dziwne...przed upadkiem jak miałam jechać to marudziłam, że już mi się nie chce i czekałam na koniec sezonu...jak to się człowiekowi odmienia, kiedy się potrzaska... Piękne słoneczko, fajna przejażdżka na Babimost ze świadomością, że to już ostatnie chwile na bike`u. Nie wiem nadal co z niedzielnym wyścigiem...
Plany treningowe pokrzyżowane przez moje obrażenia, ale szarpię się jeszcze i jedziemy z Markiem do Kuźnicy autem. Tam montuję się na rower i próbuję jechać...na pierwszym zjeździe już niestety ryczę z bólu, bo wstrząsy są nie do zniesienia dla pośladka i łokcia. Muszę maksymalnie hamować...nie wyobrażam sobie jazdy w niedzielę...może jedynie honorowo jedną pętlę w tempie żółwim uda mi się przejechać na zakończenie sezonu- i to byłby "sukces"...
Od rana walczę z myślami- co zrobić? jechać czy nie? czy dam radę? W nocy nie mogałm spać z bólu ran, potem na szczęście ketonal pozwolił mi zasnąć. Szykuję się jednak tak jak na wyścig- postanawiam podjąć decyzję po tym jak wsiądę na rower. Marek zrobił mi opatrunki i wyjechaliśmy na stadion. Aż do boiska myślę co zrobić, po dotarciu jednak postanawiam zaryzykować i choćbym miała jechać 4h to podjąć walkę z bólem. Przed wyścigiem typujemy czs 299 zawodnika...jak się potem okazuje- moment dla mnie przełomowy... Chłopaki ruszają na mega, ja na spokojnie, bez wielkich szaleństw jak zazwyczaj ustawiam się na starcie mini. I walczę, już po kilku km czuję że plaster z uda się przesuwa- rana pali i piecze ale najbardziej dokuczliwy staje się ból zdartego i chyba odbitego łokcia na zjazdach...tam się moja jazda na maratonie "kończy". Raz, że miałam najzwyczajniej barierę i strach przed zjeżdżaniem a dwa- potwornie bolał mnie łokieć i nie mogłam utrzymać tą ręką kierownicy. Tak więc jadę na zjazdach jak ostatnia ofiara albo schodzę z rowera. Na podjazdach tak dużo nie straciłam, za to na zjazdach potwornie. Czas wychodzi mi bardzo kiepski, ale i tak dojeżdżam na metę dumna z siebie. W końcu nie każdy po takim poturbowaniu wsiadłby na rower.A widoki przepiękne- zakochałam się w tych górach:-)
I nie spodziewałabym się przenigdy, co przyniesie mi wieczór...Okazało się, że wytypowałam czas 299 zawodnika z pomyłką o 19s...a to oznaczało walkę o SUZUKI(!) Nogi mi się trzęsły z nerwów. Dostałam taką szansę, jaka już nigdy mi się w życiu pewni nie przytrafi...los dał nadzieję, dał ogromną nadzieję, bo nic nie wskazywało na to, że przegrałam walkę o to auto...Na "specu" utrzymałam się całkiem nieźle, nie strąciłam barierek...wyglądało na to, że wygram...i zaczęłam w to wierzyć... mój przejazd chyba technicznie najlepszy, komentarz organizatora, że "to była jazda po zwycięstwo"...i werdykt sprowadzający mnie na ziemię...zadecydowały setne sekund w pomiarze dokonananym ręcznie... Odchorowuję to, leczę swoje nerwy...nie wiem, kiedy się po tym zdarzeniu pozbieram...
A póki co przede mną ostatni wyścig w niedzielę i modlę się o szybkie gojenie ran i o odzyskanie dyspozycji...na jutor wzięłam urlop specjalnie na trening i teraz nie wiem, co zrobię...Zobaczymy...
Dotarliśmy do Istebnej dzień wcześniej, więc Piotrek zaproponował przejażdżkę. Widoki przepiękne, pogoda również, więc wyruszyliśmny spod naszego domku prosto pod górę:-/ Wdrapałam się mniej więcej 2km pod górę i jak zaczął się zjazd wąskim asfaltem to poniosła mnie fantazja...już wiedziałam, że na zakręcie nie wyrobię...zahamowałam jak ostatnia ofiara losu i poszłam pięknym szlifem prawym bokiem po asfalcie...Cóż, trzęsłam się jak galareta, spodenki rozdarte, krwawiące udo, łydka i łokieć. Zepsułam chłopakom trening- chcieli ze mną zawracać, ale trzeba było poszukać apteki. Jak nieco doszłam do siebie i się pozbierałam ruszyłam dalej pod górę i pokulałam się dalej z nimi. Bolało niemiłosiernie...w domku Marek zafundował mi odkażanie wodą utlenioną i opatrunki z proszku i maści. I postanowiłam czekać na jutro...załamana, że najprawdopodobniej nie dam rady przejechać tego mini...
Z Markiem 1 pętla. Mam dziś urlop, tak więc szansa na trening. Parkujemy w Kuźnicy. Jutro ruszamy do Istebnej:-) Ostatni górski wyścig, potem jeszcze za tydzień i koniec sezonu:-)
Kolejny niespodziewanie zajęty wtorek, więc przesuwam godziny pracy, żeby rano zrobić trening...jedyna opcja. Wstałam więc z trudem o 7 i jadę, choć strasznie się nie chce, gardło boli i ogólnie jest nieciekawie, bo nad ranem padało. Ale zmobilizowałam się jednak. Kierunek na Wierzchaczewo, Chrośnicę, Boruję, Stefanowo, Zbąszyń i jednak na tym kończę, bo zimno mi w stopy.
Objechaliśmy dzisiaj trasę ubiegłorocznego wyścigu w Wolsztynie. Marek z Piotrem dojechali do Kuźnicy rowerami i tam się spotkaliśmy- ja podjechałam autem. W planach 2 pętle i udało się choć szczerze mówiąc bałam się tej drugiej. Wyszła ona jednak krótsza, bo zabrakło dojazdu do mety od rozjazdu, ale i tak zrobiłam dziś jak na mnie niezły trening. Powyżej 2h na rowerze zaczyna mnie boleć kark.
Niespodziewanie wyszedł dziś fajny trening. Wyszliśmy na rower późno, ok.17.30 i z zapowiedzi Marka miało być krótko w terenie. Ruszamy na Leśne Domki, tam orientuję się, że obieramy kierunek na Kuźnicę. W Borui kierujemy się w stronę jeziora, więc myślę sobie, że chyba będziemy objeżdżać jezioro, jednak za Oazą niespodziewanie Marecki wjeżdża w leśną boczną ścieżynkę i twierdzi, że gdzieś niedaleko stąd "biegnie" fragment trasy wyścigu z Wolsztyna. Zastanowił się dwa razy i trafił! Byłam w szoku, jak on to robi. Wjechaliśmy więc na ok.10km odcinek trasy z podjazdami, zjazdami, podprowadzeniami i singielkami nad brzegiem jeziora. Ściemniało się coraz szybciej i jak już wróciliśmy nad jezioro Kuźnickie to myślalałam, że wrócimy asfaltem. Marek odbija jednak na powrót w las na Leśne Domki. I wracamy już do domu po ciemku- maksymalnie wykorzystany dzisiejszy dzień i w sumie jak dla mnie całkiem niezły trening wyszedł, choć nie było tego w planach.
Nie mam kiedy trenować...w pracy dłużej niż zazwyczaj, wracam zmęczona z masą innych obowiązków na głowie. Zmobilizowałam się chociaż naokoło jeziora od strony Nądni- wyszło mi to z wiatrem więc fajnie się jechało. W Perzynach odbijam w polną na Zakrzewko i przez Stefanowo do domu.
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )