Niekończące się długie podjazdy...tak w skrócie mogę określić maraton w Międzygórzu. Początkowo te podjazdy mi nawet wychodziły, ale potem już było kiepsko...łatwo traciłam równowagę a potem nie mogłam już wystartować pod górę. Generalnie przerąbałam już całą generalkę, moja rywalka wzięła mnie na "podejściu", gdzie ja "umierałam" bardziej męcząc się prowadzeniem rowera. Udało mi się tych kilka "technicznych" odcinków zjechać, jedyna satysfakcja, choć też do gleby dużo nie brakowało.
Pierwsza samotna dłuższa trasa. Zaczynam na Nowy Tomyśl, Wolsztyn, w Powodowie kierunek na Kargową. W Kargowej na Babimost, Kosieczyn, Zbąszyń. Odbijam jeszcze na Strzyżewo i dojeżdżam do Statoil, że dokręcićdo 100km. Ostatnie 5km to jakaś rzeźnia- dziwne dolegliwości mnie dopadły- ból prawej stopy i pieczenie lwej łydki...myślałam że się poryczę z bólu. Ale dojechałam o własnych siłach.
W sumie to miałam nie zdążyć dzisiaj z treningiem, ale dobrze się zorganizowałam i wygospodarowałam godzinkę. Kierunek na Boruję, 5 zrywów trzyminutowych. Prawdopodobnie to ostatnie dni słońca. Pogoda fajna na jazdę.
Po pracy wyruszamy autem na Liny z Piotrem i Bartkiem, stamtąd już na bike`ach trasą wyścigu robimy prawie 2 pętle. Odpuszczamy ostatni fragment naokoło jeziora, bo robi się ciemno i Markowi ułamało się siodełko. Chłopaki rekreacyjnie, dla mnie dobry trening.
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )