Późno wyszłam na rower, bo masa obowiązków i problemów...jednak dla poprawy samopoczucia i odreagowania stresów musiałam się przejechać. W planach było krótko i spokojnie- wyszło krótko i ostro. Już w Przyprostyni doszłam do wniosku, że pomoże mi jedynie jazda na maxa. Tak więc była próba bicia rekordu...myślałam, że się uda...ale jednak nie.brakuje mi ok.40sek. do rekordu z ubiegłego roku. A dziś względem maxa w tym sezonie zabrakło 8s. Ciś kiepsko...za mało jeżdżę, za mało systematycznie trenuję.
Dwa lata temu, gdy Marek po raz pierwszy wystartował w maratonie, mogłam o swoim starcie tylko pomarzyć...nie wkulnęłabym się wtedy nawet do Świątyni Wang. Dziś jednak stanęłam na starcie, coprawda na tym niedocenianym dystasie mini, ale mimo to z pełną pokorą wobec tego, co może się dziać na tym wyścigu. Od rana niestety deszcz; na szczęście udało się wystartować jak nie padało. Pierwszy podjazd asfaltowy, w mojej ocenie nienajgorszy- równo, swoim tempem, jak mnie niektórzy wyprzedzali to po chwili się "gotowali" i tak się wyprzedzaliśmy co jakiś czas. Potem jednak zaczęła się "jazda"...pierwszy zjazd a moje nogi się trzęsą i to tak, że nie jestem w stanie nad tym panować. Generalnie... TO BYŁA JAKAŚ MASAKRA! Miałam śmierć w oczach na tych technicznych zjazdach...dziś mój instynkt samozachowawczy wziął górę nad chęcią ścigania.. w związku z tym można powiedzieć, że jechałam jak d...albo raczej- dokładnie rzecz biorąc -w wielu miejscach sprowadzałam rower...I nie wyobrażam sobie jak ludzie zjeżdżają te odcinki, których ja nie mogłam zejść? To jest dla mnie póki co największa zagadka...i nasunęła mi się taka refleksja i wątpliwość- czy ktoś kto się nie boi i zjeżdża takie masakryczne zjazdy może powiedzieć, że ma 100% pewności, że go zjedzie cało i zdrowo? Bo ja realnie bałam się o swoje życie i zdrowie...ale moje umiejętności są w związku z tym jak widać potwornie kiepskie... No i dlatego to, co nadrobiłam na podjazadach straciłam spacerując na technicznych zjazdach. Tak czy inaczej, fajnie było tego doświadczyć:-) I miałam satysfakcję, że dojechałam, wyścig ukończyłam, że się nie potrzaskałam. A ogólnie- 7 msc. K3.
Wczoraj dotarły moje nowe pedały. Tak więc dziś była ostatnia szansa, żeby się przejechać i wypróbować je przed Karpaczem. Trochę ciężko mi wypiąć nogę, ale zobaczymy...mam nadzieję, że się nie potrzaskam w niedzielę
Z Markiem wieczorem na jedną pętlę. Auto zostawiamy na Linach i dalej na bike`ach. Jechało mi się dość dobrze, czuję, że z każdym objazdem trasy trochę lepiej. Jedynie piachy mi dzisiaj nie wychodziły.
Marek się dzisiaj poświęcił i objechaliśmy trasę w Kargowej "moim" tempem, bez szaleństw. Planowałam sprawdzić się dzisiaj na dwóch pętlach, ale zabrakło na to czasu przez obowiązki domowe. A upał był niemiłosierny, więc na dwóch pętlach to można by było skonać. Traska jest fajna, nie podjeżdżam w 3 miejscach ale za to udaje mi się zjechać nawet te piaszczyste singielki. Zobaczymy jak to będzie na zawodach...
Po pracy dojeżdżam do Przyprostyni po Piotrka i dalej jedziemy już razem. Piotrek ma pomysł na trasę- jak się okazuje...tam mnie jeszcze nie było. Najpierw odbijamy na Perzyny, dalej przez Nową Wieś Zbąską. Odbijamy na Kosieczyn- brukiem i narzekamy na niesłabnący w ostatnim czasie wiatr. W Kosieczynie terenem na Nowy Gościniec. Pomęczyliśmy się w piachu, sporo go było. Trafiamy do Rogozińca i Piotr pokazuje kolejną dla mnie nową traskę. Ostatecznie docieramy do Strzyżewa i na Zbąszyń. Piotr ma anielską cierpliwość, także było OK:-)
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )