KARPACZ Powerade Suzuki MTB Marathon
Poniedziałek, 13 czerwca 2011
· Komentarze(0)
Kategoria Zawody MTB
Dwa lata temu, gdy Marek po raz pierwszy wystartował w maratonie, mogłam o swoim starcie tylko pomarzyć...nie wkulnęłabym się wtedy nawet do Świątyni Wang. Dziś jednak stanęłam na starcie, coprawda na tym niedocenianym dystasie mini, ale mimo to z pełną pokorą wobec tego, co może się dziać na tym wyścigu. Od rana niestety deszcz; na szczęście udało się wystartować jak nie padało. Pierwszy podjazd asfaltowy, w mojej ocenie nienajgorszy- równo, swoim tempem, jak mnie niektórzy wyprzedzali to po chwili się "gotowali" i tak się wyprzedzaliśmy co jakiś czas. Potem jednak zaczęła się "jazda"...pierwszy zjazd a moje nogi się trzęsą i to tak, że nie jestem w stanie nad tym panować. Generalnie... TO BYŁA JAKAŚ MASAKRA! Miałam śmierć w oczach na tych technicznych zjazdach...dziś mój instynkt samozachowawczy wziął górę nad chęcią ścigania.. w związku z tym można powiedzieć, że jechałam jak d...albo raczej- dokładnie rzecz biorąc -w wielu miejscach sprowadzałam rower...I nie wyobrażam sobie jak ludzie zjeżdżają te odcinki, których ja nie mogłam zejść? To jest dla mnie póki co największa zagadka...i nasunęła mi się taka refleksja i wątpliwość- czy ktoś kto się nie boi i zjeżdża takie masakryczne zjazdy może powiedzieć, że ma 100% pewności, że go zjedzie cało i zdrowo? Bo ja realnie bałam się o swoje życie i zdrowie...ale moje umiejętności są w związku z tym jak widać potwornie kiepskie... No i dlatego to, co nadrobiłam na podjazadach straciłam spacerując na technicznych zjazdach. Tak czy inaczej, fajnie było tego doświadczyć:-) I miałam satysfakcję, że dojechałam, wyścig ukończyłam, że się nie potrzaskałam. A ogólnie- 7 msc. K3.



