Dzisiaj szybko skończyłam pracę i udało się pojechać razem z Markiem- zrobił sobie dzisiaj takie utrudnienie, że pojechał starą meridą a ja na Jego szosie. No i większość czasu "ciągnął" na przodzie...No i to była jazda sprawiedliwa- jak nigdy tętna porównywalne:-) Fajnie się jechało, super pogoda, nie za gorąco, choć wiaterek momentami też dawało się odczuć. Traska- początkowo na Babimost przez Chobienice, w Kosieczynie na Zbąszynek, stamtąd przez Dąbrówkę do Lutola i tam jeszcze dobijamy do Trzciela i spowrotem do Zbąszynia.
Wkurza mnie ten notoryczny brak czasu ostatnio...jedyne co udaje mi się wygospodarować to max. godzina jazdy. Dzisiaj na Marka szosie naokoło Kuźnicy w górnym tlenie
Późno wyszłam na rower, bo masa obowiązków i problemów...jednak dla poprawy samopoczucia i odreagowania stresów musiałam się przejechać. W planach było krótko i spokojnie- wyszło krótko i ostro. Już w Przyprostyni doszłam do wniosku, że pomoże mi jedynie jazda na maxa. Tak więc była próba bicia rekordu...myślałam, że się uda...ale jednak nie.brakuje mi ok.40sek. do rekordu z ubiegłego roku. A dziś względem maxa w tym sezonie zabrakło 8s. Ciś kiepsko...za mało jeżdżę, za mało systematycznie trenuję.
Marek z Mikim, ja sama w kierunku na Boruję. Powinnam zrobić przerwę w treningach, bo brat zapisał leki i nastraszył mnie czym grozi nie leczony ból ścięgna Achillesa... Nie wytrzymałabym jednak bez jazdy w takiej pogodzie, toteż w założeniu delikatnie, w tlenie. Korciło mnie, żeby jeszcze w Przyprostyni odbić naokoło jeziora, ale ostatecznie rozsądek wziął górę.
Postanowiłam dać upust swojemu dzisiejszemu wkurzeniu i zejść z drogi wszystkim, którzy mogliby ucierpieć. W planach dłuższy niż zazwyczaj tlen. Początkowo na Babimost przez Chobienice, przez miasto na Podmokle Małe, Kosieczyn i w Nądni odbicie naokoło jeziora. Za Nądnią doganiam ciągnik- podczepiam się pod niego i wiozę się tak aż za Nową Wieś Zbąską. Czuję dzisiaj łydki i pośladki, ogólne "zajechanie", zmuszam się jednak jeszcze na pętlę naokoło Strzyżewa od strony cmentarza.
A miało być tak fajnie...Wybrałam się dzisiaj rowerem do pracy... była niebywała okazja, bo w szkole Dzień Sportu, więc nie byłoby problemu z nietypowym strojem itp. Wstałam rano, spakowałam się i o 7.00 ruszyłam. Było chłodnawo, choć na to byłam przygotowana. Robiło mi się jednak coraz bardziej mokro w plecy...Jak już wyraźnie miałam mokre spodenki i bluzę, to się zatrzymałam i okazało się, że niezawodny do tej pory bukłak cieknie- zalał plecak, a plecak mnie. Było to mniej więcej za Wierzchaczewem, więc wiksa do domu. Nie jestem w stanie opisac swojego wk... Szybka przesiadka do auta, bo już bym nie zdążyła. Na miejscu dalsze pasmo nieszczęść...na ogromnym boisku wykopnięta piłka trafia akurat we mnie i mój kubek z kawą, więc jestem cała oblana. Jedyny fajny moment,to mecz siatkówki nauczyciele-uczniowie. Nie grałam od czasu LO, ale poszło całkiem nieźle...nie zaszkodziłam drużynie:-) Wygraliśmy. Teraz zbieram się na trening, ale aż się boję co jeszcze mi się do wieczora przydarzy- pech mnie dziś prześladuje...
Zbieram się przed 20 po ceremoniach z racji Dnia Matki:-)W planie godzinka jazdy, więc najpierw naokoło jeziora a potem jeszcze naokoło jeziora. Planowałam niższy tlen, ale jakoś mi nie wychodzi. Na podjazdach wstępuje we mnie jakiś diabeł i za każdym razem jak tamtędy jadę to próbuję podjechać je z wyższą prędkością. Fajnie się jechało, słoneczko zachodziło, wiatr się trochę uspokoił.
Mieliśmy robić dzisiaj z Markiem podjazdy na górkach w Podmoklach...no i on zrobił a ja nie, bo mnie pogoda odstraszyła- silny wiatr i deszcz lada chwila. Jak sobie wyobraziłam swoje wkucie podczas jazdy z nim i Marianem, to postanowiłam tego uniknąć. I oddzieliłam się od Marka- on na Zbąszynek a ja na Strzyżewo. Wmordewind- jedzie mi się okropnie, chyba mnie jakiś kryzys znowu dopada. Od Strzyżewo szybko z wiatrem w plecy i do domu. Chyba najbardziej bezsensowny trening w tym roku... Poddałam się dzisiaj, zabrakło siły woli.
Zostałam sama w domu z papierami. Trochę popracowałam, ale za długo nie wytrzymałam. Piękna pogoda, więc ruszam. W planie tlen, choć przytrafiło mi się kilka zrywów, m.inn. ściganie z gościem, który mnie zaczął wyprzedzać i chyba myślał, że nie dam rady. Miało być naokoło jeziora, ale w Nądni po krótkiej rozmowie z ciotką modyfikuję trasę i ruszam na Zbąszynek, Dąbrówkę, Lutol i przez Strzyżewo do domu.
Pierwszy raz umówiłam się z koleżanką z pracy na wspólną jazdę. Marysia zaczęła niedawno jeździć na rowerze głównie w celu zrzucania kilogramów. A rower ma "nieziemski"... Kiedyś go widziałam a dziś miałam szansę przejechania się nim kawałek:-) To jakaś masakra- niczym chopper, potwornie ciężki, ile siły trzeba włożyć, żeby go rozbujać...no ale lans jak nic- kilka razy podczas naszej jazdy padały teksty cyt."jaki zajebisty rower":-) A Maryśka lubi być oryginalna! Generalnie bardzo fajne sobotnie popołudnie. Dla mnie taka jazda z koleżanką to nowość, bo przecież jeśli już w towarzystwie to jednak chłopaków. A pojechałyśmy tak: spotkałyśmy się na krzyżówce Łomnica-Chrośnica i ruszamy na Boruję, dalej nad jeziorkiem przebijamy się do Kuźnicy Zbąskiej (tutaj miałam okazję doświadczyć jak rower szosowy zachowuje się na piasku- prawie się wywaliłam), stamtąd do Borui Kościelnej i Marysia chce jeszcze...więc prowadzi mnie nieznaną dotąd drogą przez Cichą Górę, Sątopy. W Sątopach mały przystanek na uzupełnienie płynów i przejechanie się meridą... Marysia jednak przejażdżki Trekiem nie zaryzykowała. Z Sątop dojeżdżamy do Róży i dalej ścieżką rowerową do Nowego Tomyśla. Odtransportowuję koleżankę do domu, częstuje mnie redbullem i zmykam na dom...teraz już ostra jazda- nie schodziłam poniżej 30km/h Myślałam, że bardziej mnie zmęczy "wolna" jazda, ale nie było źle, pogadałyśmy, no i po raz pierwszy jechałam z kimś, kto miał wyższe tętno niż ja:-))) Marysia pobiła swój rekord km - wyszło jej 55 i pomimo "zajechania" reflektuje na podobne przejażdżki w przyszłości, więc może częściej uda nam się umawiać.
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )