Dziś tak jak tydzień temu Marek przyjechał po mnie do pracy szosówką, zabrał auto a ja wróciłam rowerem. Miałam towarzystwo Mikiego. O wiele lepiej się jedzie w SPD-kach. Przed Zbąszyniem korek utrzymujący się od rana przez wypadek na trasie, więc mieliśmy na koniec slalom między tirami i jazdę po chodniku...
Pełna desperacja, codziennie do wieczora w pracy, więc jak wracam to robi się już ciemno, nie ma kiedy trenować. W związku z tym dzisiaj Marek tak ustawił swój trening, że zakończył go w Tomyślu- przyjechał po mnie do pracy na 18 i zamieniliśmy się środkami transportu- on zabrał opla, ja treka. Rzeczy na przebranie zabrałam w plecak.Dojazd do tablicy Zbąszynia, bez wielkich szaleństw zajął mi 30 minut; potem jeszcze odbicie na Strzyżewo i powrót do domu. P.S. - dostałam dziś prezent od Mareckiego...kupił mi długie rękawiczki:-)więc zaraz były przetestowane
Dziś pomimo pięknej pogody na rower wsiadłam dopiero wieczorem. Miałam na "wakacjach" siostrzeńca i jego pobyt trochę się przedłużył. Byłam już coraz bardziej poirytowana faktem, że zaraz się ściemni i trening mi przepadnie. Tak więc pozostała jedynie pętla naokoła jeziora...w Przyprostyni już czułam, że dziś mogę powalczyć o rekord czasu na tej trasie i cisnęłam od początku. W ogóle stwierdzam, że nie ma to jak mój giant- na nim czuję się najlepiej:-) Wczoraj na Marka "Pomykaczu" to była porażka...
Wróicłam z pracy po 13 po to by na 16 jechać spowrotem na badania okresowe. I dylemat- kiedy rower, bo w sumie miałam mało czasu. Szybko się jednak przebrałam i zrobiłam kółko naokoło jeziora. Nieźle dziś wiało. Dobrze, że nie zostawiłam treningu na wieczór, bo oczywiście badania się przedłużyły i wróciłam późno... I ja tu myśleć o porządnym przygotowaniu do następnego sezonu, jak weszłam już na pełne obroty w pracy i doba jest za krótka...powinnam się zwolnić z jednej pracy...
Dziś Marek zaszczycił mnie możliwością pierwszej jazdy na szosówce. To jego prezent i nie chciałam się na niej wywalić na pierwszej jeździe... Na szczęście obyło się bez żadnej kraksy... Wrażenia z jazdy- początkowo trochę "dziko", stresował mnie przejazd przez miasto, bo panowanie nad rowerem na razie kiepskie. Mknie jak pocisk! Wcale go nie słychać. Tak naprawdę to dopiero Marek przetestuje go na 100%- ja bałam się rozwijać duże prędkości. Pojechaliśmy pętlę zaczynając od Stefanowa, przez Belęcin. W Mariankowie zaczęło padać i dawało dość mocno do Stefanowic...przez okulary prawie nic nie widziałam... W sumie to Trek zaliczył chrzest bojowy- w deszczu!!! Potem go jednak wyczyściłam:-)
Ruszamy najpierw na Strzyżewo- rzekomo na rozgrzewkę...jak dla mnie to już nie była rozgrzewka. Przy odbiciu na Nądnię chłopaki przyspieszają- pewnie nie dawali z siebie wszystkiego , bo utrzymałam się Markowi na kole do podjazdu przed Nową Wsią. Na końcówce podjazdu zostaję w tyle...staram się ich gonić, ale to już jest mało realne. Tętno wysokie, na miarę możliwości cisnę, żeby padł rekord...NO i padł- do "4-ki" wychodzi mi 38 minut. Prawdziwym rekordem bym jednak tego nie nazwała, bo oni mnie pociągnęli na początku... Potem spokojnie wracam do domu
Dziś trudno było się zebrać...jakoś pogoda nie zachęcała, było zimno, ciśnienie chyba niskie, bo chciało się spać. O 17 zmobilizowałam jednak Mareckiego i pojechaliśmy. Początkowo na Przyprostynię, Perzyny, w Nowej Wsi Marek odbija w polną i męczymy się pod wiatr i w piachu, po drodze atrakcja w postaci dużej kałuży, dobijamy do Nowej Wsi Zamek i stamtąd już na Nądnię. Po jeździe samopoczucie od razu lepsze:-)
Przestało w końcu padać, więc zebraliśmy się na rower. Początkowa opcja naokoło jeziora zmieniła się z trakcie na opcję Lutol-Dąbrówka. W mieście zatrzymuje nas moja kuzynka z Anglii, więc wypada się zatrzymać i pogadać, bo wieki się nie widzieliśmy. Potem już ruszamy- dziś ja miałam"ciągnąć" Marka, ale pod ostry wiatr to ja siedziałam mu na kole. Na zjeździe od Dąbrówki prędkość fajna...zamarzyła się szosówka...:-)Tam Marecki mnie podpuścił- kazał mi sobie wyobrazić finisz zawodów i oddech rywalki na plecach...i poskutkowało:-) tętno posżło do 195:-)
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )