Dziś piękny, słoneczny dzień- idealny na rower. W planach była dziś dłuższa jazda z Markiem i Mikim. Trasa przez Buków zostaje w trakcie trochę zmodyfikowana, bo odbijamy na Kargowę i stamtąd na Babimost. Dlaczego ja uwierzyłam, że jazda z nimi będzie spokojna? No niby była, ale jednak dla mnie to po wczorajszym ostrym treningu dziś było "zajechanie"...Wspomogłam się na trasie batonikiem, ale to właściwie pozwoliło mi przetrwać. Po 2h dokuczał mi już ból karku i pleców...nieprzyzwyczajona do długich wypadów.
W założeniu dziś ostro a żeby nie było za krótko, to postanawiam pobić rekord pętli na Kuźnicę. Początkowo udaje mi się utrzymać średnią prędkość ok.30km/h.Za Borują zaczyna się walka z wiatrem, który momentami spowalnia mnie do 25km/h. Przytrafił mi się dzisiaj kryzys psychiczny, czego już dawno nie było. Ogólnie udany trening- ręka na asfalcie nie dokuczała, polepszyłam czas- o jakieś 57s no i chyba wykręciłam dziś rekord średniej prędkości:-)
Szybko po pracy na rower, bo potem goście. Myślałam, że skoro trzeba się spieszyć, to może uda się ustanowić jakiś nowy rekord naokoło jeziora, ale nie wyszło...wiatr potworny!!! 41.27(ścieżki)
W planach miałam trening, choć nie spodziewałam się, że mąż zaprosi mnie do wspólnej jazdy...Potem się zreflektowałam, że to pewnie przez to, że robił dziś rozjechanie po maratonie w Jeleniej Górze. Pojechaliśmy na Boruję, ale tym razem zaczęliśmy od drugiej strony czyli od Stefanowa. Nawet fajnie w tę stronę. Deszcz wisiał na włosku, ale padać zaczęło jak dotarliśmy do domku. Jazda na spokojnie, w tym kilka małych zrywów
Po 3 dniach przerwy miało być spokojnie, ale się nie dało. Momentami pod straszny wiatr, kierownicę mi wyginało. Runda naokoło jeziora a potem przez Strzyżewo do Zbąszynia.
Chlastawa-Kosieczyn-Babimost-Grójec i tam modyfikacja- odbijam w las na Nową Wieś...nie był to najlepszy pomysł, bo jak mnie wytrzęsło na tym kawałku, to ręka znów wysiadła..znów się podłamałam...a wczoraj było tak dobrze
Marek dziś nie skorzystał z mojego towarzystwa, więc pojechłam sama. Pętelka przez Boruję, Mariankowo, Stefanowo- z założenia najszybciej jak się da. I szło ostro, ale wiatr od Zakrzewka do Przyprostyni pokrzyżował mi plan...bo chciałam zmieścić się w godzince. Mimo to dziś mam poczucie, że poszło bardzo dobrze.
Z Markiem- Nądnia, Nowa Wieś, stamtąd polną do Nowej Wsi Zbąskiej- Perzyny-stamtąd polną na Zakrzewko, Stefanowo i ja do domu...Coś mi dzisiaj nie szła jazda. W terenie niestety nadgarstek dokucza :-(
Dziś się zawzięłam i zaraz po obudzeniu ubieram się na rower. Już dawno nie jechałam w długich spodniach i bluzie. Ominęłam dzisiaj ścieżki rowerowe, żeby zminimalizować ilość wstrząsów dla mojego nadgarstka. Pokręciłam standardowo naokoło jeziora. Czas kiepski, choć raczej bicie rekordów z niesprawną ręką jest mało realne...no i nie zakładałam dziś tego. Najważniejsze, że wkręciłam się na obroty i samopoczucie zaraz się poprawiło
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )