Na szczęście dzisiaj nie pada. Wstaliśmy z Markiem stosunkowo wcześnie, żeby ze wszystkim się wyrobić. On bierze się za malowanie pokoju, w międzyczasie okazuje się, że nasz dzisiejszy wyjazd do Poznania zostaje przełożony, więc ze spokojem pogodzimy treningi. Ja ruszam pierwsza, bo koniecznie chciałam zdążyć na transmisję biegu Justyny. Wybieram jednak górala, żeby przejechać się na nowych kołach, tarczach i oponkach:-) Nie zauważyłam w porę, że Marek nie przełożył mi magnesa od licznika...przejechałam kawałek, ale nie cofnęłam się do domu. Postanowiłam jechać tylko na pulsometrze- łatwiej tym sposobem zrobiłam tlen a kilometry mniej więcej wiem, jakie mogły być. Dzisiejsza traska: na Lutol (pod okropny wicher), na podjeździe przed Dąbrówką boczny wiatr przechyla mi rower, zjazd z wiatrem w plecy. W Zbąszyniu postanawiam ponownie odbić na Strzyżewo, przez wioskę spowrotem, ale mam jeszcze trochę zapasu czasu i postanawiam ochrzcić nowy sprzęt w terenie. Przebijam się więc przez osiedle i jadę przez Nowy Dwór, kawałek w terenie i na Wierzchaczewie zawracam do domu. Super się jechało! A poniżej foto mojego stuningowanego bike`a:-)))
Mieliśmy z Markiem iść dzisiaj na siłownię, ale stwierdził, że nie da rady i się położył przed nocką. Pozostał mi więc trenażer, bo na dworze ciemno i deszcz. 15 minut rozgrzewka, 60 minut w 3 strefie, 15 minut rozjechanie. I dzisiaj znów fajny trening. Jakoś mam od wczoraj dobre dni, podoba mi się to.
Początkowo chciałam zerwać się rano i zrobić trening przed pracą- chęć wyspania się jednak wygrała. Tak więc wieczorem pozostał mi trenażer. Robiłam dzisiaj sprinty- 5 serii po 5 skoków- przerwa między seriami 5 min., przerwy między skokami 1 min.; 10 minut rozgrzewka i 10 minut rozjechanie. Nie wiem, co to był dzisiaj za dzień, ale trening dał mi dużo satysfacji. Czułam się rewelacyjnie (mimo, że po ciężkim dniu w pracy). Wszystko wyglądało właśnie tak, jak powinno- moc, motywacja a zwłaszcza satysfakcja. No i kolano nie dokuczało:-) No i mogłam sobie w trakcie treningu patrzeć na nowy image mojego GIANTA:-)Marek założył mi dzisiaj nowe koła, tarcze i opony. Bardzo mi się podoba:-) "Odchudziłam" go o 1kg a siebie póki co o 2, więc może da się coś odczuć...
..a "Dżastinie" się dzisiaj nie powiodło...szkoda..:-(
Przed 11 wuruszam na Boruję. Dziś na moim bike`u:-) już się nie mogę doczekać, kiedy wypróbuję nowe koła- póki co czekamy na tarcze. Jazda bardzo przyjemna. W Stefanowicach pozdrawiam fajną babcinkę, dalej 5 saren przebiega mi drogę, piękne słoneczko, delikatny wiaterek. A na koniec- hit! Za Stefanowem wyprzedza mnie auto i się zatrzymuje- to moja szwagierka z rodziną. Chwilę rozmawiamy- patrzą na mnie jak na zjawę i pytają: "Co to jest ta rurka z płynem?" Odpowiadam: "Cewnik":-))) A teraz kubicuję Justynie...dziś sprint techniką klasyczną.
Nie mogłam się już doczekać tej soboty. Rano szybkie zakupy, potem kibicowanie Justynie Kowalczyk w biegu łączonym w Lahti i zaraz po transmisji na rower. Dzisiaj jechałam Marka szosą. Kierunek na Chobienice, Babimost, Kosieczyn, potem odbijam na Nądnię i naokoło jeziora. Kusiło mnie jeszcze naokoło Strzyżewa, ale musiałam wracać, żeby oddać Markowi rower:-( Super dzisiaj było! Miał być tlen, ale się nie dało. Czułam się jak spuszczona z łańcucha momentami- ot, co robi abstynencja od rowera. A mój puls mnie poprostu rozwala- tak wysokie średnie avg, choć czułam się dobrze i nie miałam zadyszki. Zaczęłam się zastanawiać, jakie ja tętno na pierwszym wyścigu wykręcę...skoro to nie był mój bardzo intensywny trening. Szkoda tylko, że jakoś km nie wykręcam więcej ani średniej prędkości wyższej:-((( Trochę się podłamałam, ale trzeba trenować! I oby zdrowie było, bo jak go nie ma to wtedy wszystko leży...a kolano- bolało przed jazdą, w trakcie nie bolało a teraz znowu napiernicza...
Ostatnio miałam przyjemność jazdy na rowerze 8 dni temu...I już nie mogę wytrzymać z tego powodu, że grypa mi rozwaliła cały tydzień. Chłopaki szarżowały a ja nie mogłam...:-((( Nie jestem do końca zdrowa, ale ile można czekać!? Czas ucieka, maratony coraz bliżej a tu takie pokrzyżowanie planów! Tak więc dziś po pracy poszłam na trenażer...i szczerze mówiąc szału nie było... nie zamierzałam dzisiaj szaleć, ale i tak dało się odczuć, że organizm jednak osłabiony
Nareszcie jeden z nielicznych wtorków, kiedy skończyłam pracę o przyzwoitej porze. Do końca nie wiedziałam tylko, czy Marek będzie jeździł...to by oznaczało dla mnie trenażer, bo bez ochraniaczy bym się nie odważyła (a swoich nie mam). Szybko się ubrałam i wyruszyłam naokoło jeziorka i Strzyżewa. Dziś komfort termiczny już lepszy- ubrałam się trochę cieplej niż wczoraj. Było mi dzisiaj z kolei zimno w głowę, bo wzięłam cieńszą czapkę...nauczka znów na następny raz. Fajnie mi się dzisiaj jechało, słoneczko, śnieg... na trasie naokoło jeziora było go całkiem sporo, tak więc trochę poćwiczyłam umiejętności techniczne. Spotkałam jednego nowego biker`a. No i za Nową Wsią jest wycinka drzew:-( powycinali ich sporo- to tyle z nowości.
Plany były szczytne, ale wyszło inaczej...wybrałam się w kierunku na Boruję, ale w Stefanowicach zawróciłam- akurat miałam centralnie pod wiatr a do tego kondycja nie taka jak być powinna po wczorajszej imprezie... Dojechałam do Zbąszynia i odbiłam jeszcze na Strzyżewo. Generalnie nie miałam dziś przyjemności z jazdy- przewiało mnie, było mi zimno od samego początku i w ogóle jakoś szału nie było!
Dziś taki wyjątkowy wtorek, że do pracy jadę na 10.30. Wrócę coprawda późnym wieczorem, więc jedyna szansa na trening była rano. Zrobiłam dziś podjazdy: 5x 2 minuty. 15 minut rozgrzewka, 15 minut rozjechanie...Oczywiście obudziłam się z bólem kolana...a na rowerze trochę przeszło
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )