Samotnie wieczorem na Marka treku. Kierunek na Dąbrówkę, Zbąszynek, Kosieczyn, Babimost i na Zbąszyń. Chciałam odbić jeszcze na Perzyny i naokoło jeziora, ale zrezygnowałam, bo zaczęło mnie boleć kolano, no i d...się jeszcze nie zregenerowała po niedzielnym wyścigu w Lubrzy
Dziś miał być dzień bez roweru i właściwie taki był. Pod wieczór wpadł jednak siostrzeniec i nieoczekiwanie zaproponował przejażdżkę do parku. No to pojechaliśmy- ja w "cywilnym" stroju, jedynie w SPD-kach. Pokazałam młodemu kilka podjazdów na górkach, wyłożyłam krótko podstawy teoretyczne techniki podjeżdżania i wróciliśmy do domu.
Rano miałam nadzieję, że Marek powie, że nie jedziemy...lało niemiłosiernie. Dla mnie wizja jazdy w deszczu, wietrze i zimnie to już żadna przyjemność. No ale oczywiście konsekwentnie...co zaplanowane to nieodwołalne. Więc pojechaliśmy...całe szczęście w Lubrzy nie padało no i robiło się coraz cieplej - mimo, że ciemne chmury raczej się nie rozchodziły. Wystartowaliśmy. Pozycje wśród kobiet na dystansie mega od początku ukształtowane...ja mogłam tylko bronić swojej pozycji. Pierwszą pętlę przejechałam jeszcze momentami w towarzystwie Kasi:-)A potem to już samotna walka...właściwie ucieczka przed babkami, które za mną...Ale się zmęczyłam...masakrycznie. Już na pierwszej pęli nie wyobrażałam sobie jak dam radę przejechać jeszcze jedną. Na drugiej pętli miałam kryzysy psychiczne i nawet myśli... że co by było, gdybym padła z wyczerpania...Na całe szczęście nie łapały mnie dzisiaj skurcze. Zdziwiłam się na rozjeździe do mety...pytam strażaków ile jeszcze km- odp. że 1km...i mi się nic nie zgadza, bo miało być 60km...przez moment zwątpiłam, czy aby nie trzeba było jechać trzeciej pętli... Trafiam jednak na pole z "hopkami", gdzie widzę Mareckiego...chciał mi chyba pokibicować i zaczął za mną biec, co doprowadziło mnie do stanu maksymalnego wkurzenia...powyzywałam, podprowadziłam to, czego już nie byłam w stanie podjechać i dotarłam do mety niesamowicie wyrąbana, ale usatysfakcjonowana:-) Trasa była świetna- trochę podjazdów, zjazdów, prostych, dwie przeprawy przez rzeczkę (w moim wykonaniu po mostku- nie ryzykowałam moczenia butów)- podobała mi się. Kolejny wyścig z cyklu Grand Prix Kaczmarek Electric zaliczony. Wszystko przebiegło pomyślnie i to się liczy. Jak super, że jutro nie muszę iść do pracy:-)nareszcie urlop:-)
Po 12-godzinnym wysiłku intelektualnym trening to prawdziwe "wybawienie". Wyruszyłam dopiero przed 20, bo czekałam aż Marek wróci z treningu i przekaże i Treka- miałam dzisiaj ochotę na szosówkę. Traska następująca: przez Nądnię, Kosieczyn do Babimostu, stamtąd do Chobienic i dalej na Godziszewo, Zakrzewo, Belęcin, Mariankowo, Chrośnicę i na Zbąszyń. Od Chrośnicy piękny zachód słońca:-) Wydzieliło mi się dzisiaj dużo endorfin, to był taki fajny trening- bardzo ciepło, pusta szosa, muza i te zapachy z łąk i lasów:-) Porządnie się odreagowałam:-)
Zaczęłam dziś pisać swoje sprawozdanie do pracy...mam nadzieję, że uwinę się z nim w tydzień. Od jutra urlop i plan ambitny- wstaję rano, piszę na maxa a na odreagowanie fizyczne będzie trening popołudniu lub wieczorem. Dziś samotnie w kierunku na Chrośnicę, Boruję, Belęcin, w Zakrzewku zachciało mi się kawałek polną i jeszcze źle skręciłam...wyjechałam na drodze na Stefanowo. Jechało się ok, choć wiaterek czasem nieźle dokuczał.
Dzisiaj kolejny wyścig z cyklu Grand Prix Zielonej Góry i zarazem wchodzący w skład Grand Prix Lubuskiego. Start i meta za basenem w Zielonej Górze. Mijesce dla mnie pamiętne...rok temu przegrałam tam o pół koła z moją główną konkurentką na finiszu. Trasa ta sama, poprowadzona jedynie od drugiej strony i wydłużona o jedną pętlę. Nieskomplikowana, płaska i szybka; trochę piachów i kilka singli. Poczułam dziś duży stres przedstartowy, który zaowocował dość dobrym jak na mnie startem, bez przytkania. Dwie panie z czołówki mnie wyprzedziły, ale one pozostawały poza zasięgiem, więc tym się nie zmartwiłam, chciałam jedynie uciekać przed resztą...na połowie pierwszej pętli dogania mnie jedna ze startujących pań, ale nie jest w stanie mi uciec...i tak jechałyśmy większość wyścigu, koło w koło, nie miałam tyle sił, żeby jej uciec, dlatego w głowie pojawiła się myśl, że sensowniej będzie zachować siły do walki na finiszu.Trzykrotnie na punkt pomiaru wpadałyśmy z jednakowym czasem, ja tuż za nią. Na ostatniej, czwartek pętli próbuje przyspieszać, ale wytrzymuję i trzymam się blisko...i decydujący moment ma miejsce w lasku, gdzie koleżanka zakopuje się w piasku a ja mijam ją bokiem. Dalej pozostaje jeszcze mały singielek, strumyk, podjazd pod korzenie i potem już proste w lesie. Gnam za wyśrubowanym tętnie i co jakiś czas się odwracam...zniknęła...finiszuję na szczęście na spokojnie, co daje mi 3 miejsce:-)Zastanawia mnie, czy odpuściła walkę, czy to mi udało się w tym korzystnym momencie uciec. Świetnie mi się dzisiaj jechało, czułam się pewnie, czułam, że noga dobrze idzie i że tętno też ok. Dawno już nie wykręciłam takiego średniego i maksymalnego tętna...to pewnie zasługa wspólnej walki- koło w koło. Samotnie nie jestem w stanie się tak "wyśrubować"...
A po wyścigu ustawiam się na trasie i kibicuję naszym zawodnikom:-) ależ oni "szli", Maras z Irkiem gnali jak szaleni; udało mi się podać Markowi bidon- mistrzostwo normalnie. I wrażenia z wyścigu byłyby super, gdyby nie te niemiłe zmiany w klasyfikacjach i dekoracjach- jedna kategoria dekorowana do 3 miejsca, inna do 4 a jeszcze inna do 6...nie szło tego pojąć.
Marek z Mikim na szosę a ja na krótko w teren. Na Leśne Domki- tam 2 pętle w lesie- jedna tak jak zawsze, druga od przeciwnej strony. Powrót przez Przyprostynię i przez tamę, park do domu.
Zrealizowałam swój plan na dziś...w szkole uroczystości zakończenia roku szkolnego skończyły się dość szybko, więc wróciłam do domu, szybko się przebrałam i spowrotem ruszyłam do drugiej pracy tym razem już Trekiem. Wkurzające jest tylko to targanie ze sobą plecaka i rzeczy na przebranie. W drodze powrotnej odbijam na Chrośnicę i do domu.
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )