W sumie to prawie sobie dzisiaj odpuściałam, ale jak Marecki poszedł na szosę to się pod wieczór zmobilizowałam. Wczoraj Marek napomknął coś, że dzisiaj zrobi czasówkę i podłapałam tę myśl. Początkowo rozgrzewkowo przez park i w Przyprostyni kawałek za drogą na Stefanowo -jak mawia Miki- lotny start w kierunku na Zbąszyń. Kilka pierwszych kilometrów i przeklinam samą siebie, że coś takiego przyszło mi do głowy...generalnie aż do Chrośnicy jedzie mi się ciężko i chyba pod wiatr. Potem już jakoś w rytmie, w miarę równo, ale pośladki pieką niemiłosiernie- mam wrażenie, że chyba nawet bardziej niż na podjeździe pod Świątynię Wang w Karpaczu na tegorocznym maratonie. Ostatnia prosta od Stefanowa wydaje się nie mieć końca, ale staram się tam pomimo bólu jeszcze trochę przyspieszyć. Zakwasiłam się dzisiaj mocno, ale plan zrealizowałam:-) Chciałam zmieścić się w godzinie...wyszło nawet lepiej:-)po wpisach archiwalnych doszłam, że rekord z ubiegłego roku wynosił 1h01, dzisiejszy czas to 57:27:-) Jestem zadowolona- nawet biorąc pod uwagę fakt, że startowałam zawsze spod domu, to ten zapas 2,5 minuty na dojazd do krzyżówki w zupełności by wystarczył.
Kolejny wyścig wchodzący w skład Lubuskiego Grand Prix. Tym razem trochę zmian- nieco wydłużony dystans dla panów i taki sam jak zwykle dla kobiet. Początek zmodyfikowany...i to niestety na "gorsze"...do tej pory asfaltowy podjazd na Jemiołów- dziś okazałby się wybawieniem...startowaliśmy w inną stronę do Jemiołowa- po podjeździe asfaltowym był tragiczny brukowy...W ogóle masa bruku na całej trasce, szczególnie brukowanych podjazdów. Tereny w Łagowie przepiękne, choć dziś nie miałam ani chwili, żeby je podziwiać...Kasia i Agnieszka zmusiły mnie bowiem do jazdy na 200%.Co to było za ściganie! Trzymałyśmy się dość długo blisko siebie. Potem goniąc Kasię zgubiłam Agnieszkę i na ok 4km przed metą pomyliłam trasę...Kasia prawidłowo pojechała prosto a ja z innymi skręciłam tak jak pokazywała strzałka w prawo (strzałkę zamienił ktoś, kto chciał sobie zrobić niezłą zabawę; trasę pomyliła cała masa zawodników). Na szczęście stosunkowo szybko zawróciłam. Aga też już nadjeżdżała..tak więc dalej samotna ucieczka, na polach pod wiatr była masakra. Za kawałek wyprzedzają mnie koledzy z teamu- Irek, Marian, Filip i Marecki- krzyczą "dawaj Gosia". Staram się jeszcze jak mogę no i docieram na metę, gdzie krótka pogawędka z Kasią, Anią i dojeżdzającą Agnieszką. Niesamowity wyścig! Mimo zmuszenia organizmu do takiego wysiłku (pobiłam dziś rekord średniego tętna w wyścigu...to już chyba nie ma nic wspólnego ze zdrowiem...) jechało mi się dzisiaj nieźle- nie dokuczały bóle brzucha, skurcze ani inne moje przypadłości. Udany wyścig:-)A upał był niemiłosierny- momentami miałam gęsią skórkę i zimne dreszcze. Po wyścigu kąpiel w jeziorku o "turkusowej" wodzie i teamowe pogawędki:-) Bardzo aktywny ostatni dzień urlopu...a jutro już niestety do pracy:-(
Dzisiaj z Markiem jedziemy pokręcić trochę w terenie na Leśne Domki. Na pierwszym piaszczystym podjeździe w lesie zaliczam glebę, bo but się nie wypina...będę miała niezłego siniaka na pośladku. Udaje mi się dzisiaj zjechać na piaskach, kluczymy dziś pomiędzy drzewami, w szyszkach i badylach. Marek przejechał się dziś na moim rowerze, żeby sprawdzić co wydaje te dziwne dźwięki...no i postawił diagnozę - "syndrom Marianka":-)czyli rozkręcona kaseta. Okazuje się, że klocki hamulcowe w tyłu też mam zjechane, tak więc będzie potrzebny serwis.
Dotarłam dziś na wyścig w towarzystwie Mariana i Filipa. Rano trochę kropiło, ale potem zrobił się niemiłosierny upał. Trasa na Ochli "zabiła" mnie rok temu...ale zapomniałam, że ona jest aż tak trudna...I "zabijała" mnie też dzisiaj. Już na rozgrzewce czułam, że nie będzie najlepiej po zaledwie 2h snu w nocy...tętno wysokie, noga słaba. Ogólnie mało babek dzisiaj na starcie, ale i tak pudło już z góry obsadzone. Dziś Kasia nadawała ostre tempo i gdyby nie spadł Jej łańcuch i nie pomyliłaby w jednym miejscu drogi to chyba ja byłabym wtedy piąta:-) Całe szczęście, że miałyśmy tylko 2 pętle- trasa masakra...interwałowa, piachy, korzenie, liczne podjazdy, dużo podprowadzania...i jeszcze ten upał. Niezły trening wyszedł z dzisiejszego startu, więc nie żałuję, że pojechałam... K open 4
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )