Wyruszamy z Markiem na rozjechanie nie chcąc tracić możliwości pojeżdżenia po górach. W planach wycieczkowo na Wielką Sową. Ja trochę z obawami, bo przecież to nie oznaczało dla mnie "rozjechania"... no ale jadę. Ruszamy w kierunku Hotelu Dębowego, na Kawkę (tutaj jestem w szoku, że robię podjazd, który zabijał mnie rok i dwa lata temu teraz w tlenie:-), docieramy do Trzech Buków i dalej trafiamy na Przełęcz Jugowską. Tam chwilą na zapoznanie z mapą i dołącza do nas i zagaduje miejscowy biker z propozycją poprowadzenia, gdzie zechcemy. Tak więc dalsza jazda już w trójkę. Artur okazuje się niezłym kompanem, zna tam każdy zakamarek, każdy skrót, wszystkie szlaki. Przy okazji niczym przewodnik opowiada nam różne anegdoty. Docieramy na Wielką Sowę, tam krótkki postój, posilenie się. Ubieramy kurtki i zjazd...ale zimno!!! Marzną mi okropnie palce u rąk i nóg. Docieramy do Rzeczki i dalej podjazd na Jugowską od drugiej strony. Artur pokazuje nam w głębi resztki śniegu na Rymarzu. Na Jugowskiej ja jestem już tak zmarznięta, że chcę odłączyć. Artur proponował jeszcze Kalenicę. Chciałam wrócić sama do domu, ale chłopaki zmieniły plany i wrócili razem ze mną żeby mnie nie zostawić. Powrót przez Trzy Buki, Leśny Dworek. Super wycieczka. Jak mi się uda, wrzucę kilka fotek.
Niby mi się nie chciało, ale coś mnie naszło i wyjechałam na Leśne Domki. Tam 2 pętle w lesie, potem trochę pokręciłam i powrót do domu. Zajechałam jeszcze na górki do parku i tak kilka podjazdów. Wróciłam do domu i zaczęło lać, cudem zdążyłam przed burzą.
Z Markiem. Kierunek na Leśne Domki. Myślałam, że tam będziemy robić pętle, no ale trafiliśmy do Kuźnicy. Tam przez moment miałam frajdę z jazdy na mini sekcji technicznej po korzeniach nad jeziorkiem. A poza tym wszechobecny piach...i już mnie to dzisiaj wyprowadziło z równowagi. Poza tym nie panowałam dziś nad rowerem- 2 razy mnie przygniótł. Powrót przez Szarki, Grubsko, marzyłam już o asfalcie. Od Stefanowic samotnie do domu przez Chrośnicę.
Jak rzadko kiedy udało nam się wspólnie wybrać na rower. A że miało to być rozjechanie, to tym bardziej mogliśmy pojechać razem:-) Kierunek na Nowy Dwór, do Łomnicy, na Chrośnicę i za przejazdem kolejowym wjeżdżamy do lasu. Tam ja już jak zwykle tracę orientację i wyjeżdżamy przed Stefanowicami. Ponownie w las i przez Leśne Domki do domu. "Wystroiliśmy" się dzisiaj w stroje teamowe, więc ludzie patrzyli jak na jakieś zjawy:-)
Marecki zaszczycił mnie dzisiaj propozycją wspólnego treningu w lesie. Więc pojechaliśmy razem a potem się rozdzieliliśmy i kręciliśmy kółka. Ja zrobiłam 5 pętli.
Wczoraj nie zebrałam się na jazdę, dzisiaj prawie też zrezygnowałam, ale że Marek też się poderwał to pojechaliśmy. W planach miałam spacerową jazdę i w sumie tak wyszło. Szału nie było...nie wiem co się ze mną dzieje- nie mam ani siły ani zbytnio chęci na rower...nie pamiętam takiego stanu u siebie. I pomyśleć, że dwa tygodnie temu czułam się tak "silna" na bike`u
Zaplanowaliśmy na tę niedzielę objazd trasy z Bartkiem i Piotrkiem. Pierwotny plan był taki, że chłopaki jadą sami mega a ja objeżdżam z jego rodzicami mini. Jak się okazało na miejscu jechał jeszcze Michał ze swoją żoną i ostatecznie pojechałam razem z nimi. No i co ja sobie za krzywdę wyrządziłam... Generalnie mogłam się tego spodziewać, skoro nigdy w życiu nie przejechałam 70km w terenie, no ale ambicja nie pozwoliła nie podjąć próby... Przez połowę dystansu czerpałam przyjemność z jazdy a potem zaczął mi doskwierać chłód- przewiewało mnie i było zimno, bo oczywiście tylko ja z tej ekipy byłam zgrzana. Po 3h zaczął się ból karku i pleców, pogłębiający się z minuty na minutę. Po 50km nareszcie dotarliśmy do Dziewiczej Góry- nie jest wcale taka zła, da się ją podjechać. Ja już niestety nie dałam rady tego zrobić, bo byłam wyrąbana samym dystansem. Noga już nie podawała. Prawdziwa "walka" zaczęła się jednak na ostatnich 20km... nie pamiętam u siebie takiego krysysu...przez ostatnie 10km ryczałam ze zmęczenia. Ale cóż...co cię nie zabije, to cię wzmocni...więc tak trzeba do tego podejść. Coprawda dziś rano po raz pierwszy nie marudziłam, że przez pracę nie zdążę na rower. Muszę się zregenerować fizycznie a przede wszystkim psychicznie, bo znów straciłam wiarę w siebie...
Dzisiejszy mój trening z dedykacją dla "Dżastiny"... ładne zakończenie sezonu- w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata NAJLEPSZA:-))) W klasyfikacji na dystansach też NAJLEPSZA:-))) Kibicowałam jej w tym sezonie a jej starty dawały mi powera do treningów. Będzie mi teraz tego brakować.
A co do dzisiejszego treningu...poczekałam aż Marecki wróci z pracy i pojechaliśmy razem. To był mój pierwszy teren w tym roku. Dla niego była to wersja "light" a dla mnie pełen power-zone. Ale ogólnie to jestem usatysfakcjonowana- widzę różnicę pomiędzy sobą rok temu w terenie a sobą dzisiaj. Podjechałam te piaszczyste górki, o których mogłam pomarzyć jeszcze rok temu:-) Więc może będzie nienajgorzej w tym sezonie...
Teren w Wolsztynie z Markiem i Mariankiem...Dla mnie dobry trening... dla chłopaków- grzybobranie- zatrzymywali się co chwilę i zbierali "prawdziwki". Zimno...mimo rozgrzania i tak przemarzłam, chłód jest już bardzo dokuczliwy.
Planowane objechanie trasy w Wolsztynie. To była MASAKRA- jazda po imprezie zjazdu absolwentów okazała się "wyczynem"... tak więc, szału nie było...byle dojechać
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )