Pierwsza w tym roku próba sił na standardowej trasce naokoło jeziora. Różnica taka, że pierwszy raz zrobiłam przed porządną rozgrzewkę naokoło Strzyżewa. Pod domem zeruję licznik i ogień. Oczywiście w mieście okropny ruch- tak na początku, jak i na końcu jazdy. Dwa razy byłam zmuszona do ostrego hamowania przez kierowców-idiotów, zaczynam się normalnie bać jazdy po własnym mieście(!) Ogólnie to "życiowego" rekordu na pewno nie pobiłam, ale muszę poszperać w statystykach ile mi dokładnie zabrakło. Może uda się to w tym sezonie...
Do wieczora w pracy, więc dzisiaj Marek przyjechał po mnie do Nowego Tomyśla szosówką, zabrał auto i tym sposobem mogłam zrobić trening. Dzisiaj spokojnie, w tlenie. Dawno nie jechałam Trekiem, więc trochę było "dziko".
Treninig w przerwie pomiędzy myciem okien... Marek zarządził, że dzisiaj ma być ostro i zaproponował interwały. Pierwszy raz robiłam tę piramidę: 1-2-3-4-5-4-3-2-1...to masakra jakaś jest...te kilka minut interwału trwa jakby całą wieczność. No ale zadanie wykonałam i teraz cierpię na ból kolana, bo tak sobie dowaliłam. Kierunek na Chrośnicę, Boruję, Belęcin, Zakrzewo, Godziszewo, Chobienice i Zbąszyń. Pięknie tam wśród tej soczystej zieleni brzózek. A co ciekawe...wiatr był dzisiaj tak upierdliwy, że niezależnie jak bym nie zmieniła kierunku jazdy, to i tak miałam pod wiatr. Marek też miał dzisiaj takie odczucia.
Jak rzadko kiedy udało nam się wspólnie wybrać na rower. A że miało to być rozjechanie, to tym bardziej mogliśmy pojechać razem:-) Kierunek na Nowy Dwór, do Łomnicy, na Chrośnicę i za przejazdem kolejowym wjeżdżamy do lasu. Tam ja już jak zwykle tracę orientację i wyjeżdżamy przed Stefanowicami. Ponownie w las i przez Leśne Domki do domu. "Wystroiliśmy" się dzisiaj w stroje teamowe, więc ludzie patrzyli jak na jakieś zjawy:-)
Dolsk...do tej pory kojarzyłam go tylko z praktykami i obozem, który mieliśmy na studiach. Po dzisiejszych zawodach zapamiątam piach! Było go o wiele więcej niż w Murowanej. Zmartwił mnie dzisiaj ból podbrzusza, który dopadł mnie na 6 km i nie puszczał przez następne 5. Przestraszyłam się i już miałam wizję różnych niekorzystnych zdarzeń...Na szczęście od połowy trasy przeszło i dostałam "drugie życie". Dziś poza krótką rywalizacją z jedną babką to w sumie ścigałam się z panami. Jednego udało mi się taktycznie ładnie pozbyć 3km przed metą...chyba nie była zadowolony- tym bardziej, że cały czas się obracał i sprawdzał, czy mnie zgubił. Dzisiaj wyścig krótki, dystans krótszy niż w opisie. Udało mi się obronić 3 miejsce, więc kolejny pucharek do kolekcji:-)
Po pracy szybkie mycie okien i na rower. Połowę trasy jechało się przyjemnie, 2 zrywy 90sek. a od Belęcina pod wiatr...no i wyobraziłam sobie ten Dolsk w takim wichrze...ja pierniczę- mam nadzieję, że nie będzie tak wiało...
Jedyna szansa na jazdę była dzisiaj rano, bo do pracy jadę na 11 i nie wiadomo, o której zląduję do domu. Rozjechanie naokoło jeziora przez Perzyny, spokojnie, po raz pierwszy udało mi się nie wejść w trzecią strefę.
No i zaczęło się:-))) Nie sądziłam, że dla mnie będzie to tak cudowny początek:-) Ale po kolei... Atmosfera przed startem wyjątkowo fajna ze względu na to, że pierwszy raz startowaliśmy w naszym teamie- Marek, Piotr, Bartek, Irek i pan Stasiu. Poza tym kubicujący nam na starcie i mecie rodzice Piotra i Bartka dodawali otuchy. Połowę dystansu jechało mi się bardzo dobrze. Dałam radę zrobić wszystkie podjazdy- moja radość była niebywała po wjeździe na Dziewiczą i zjeździe z tego tzw. "killera". Aż głupio się czułam z tym, że na podjazdach musiałam prosić o wolne miejsce:-) Do tej pory nie miałam okazji tego doświadczać:-) Super uczucie, gdy reszta prowadzi a ja mogę podjechać:-) Że już nie wspomnę o tym, że nie mogłam się nadziwić, kiedy dogoniłam i wyprzedziłam znajome, które w ubiegłym sezonie były dla mnie nieosiągalne. Walka zaczęła się jednak tak naprawdę za Dziewiczą Górą, kiedy zaczęły mnie łapać skurcze w prawej łydce. Agnieszka się chyba wkurzyła i mnie wyprzedziła... Nie śniłabym nawet o tym, że będę się z nią ścigać no ale... próbowałam tę łydkę jakoś oszczędzić trochę ale potem zaczęły się piaski pod wiatr, więc nie bardzo się dawało...Agnieszka więc się oddalała, starałam się nie tracić jej z zasięgu wzroku. Na 5km przed metą postanowiłam jeszcze zawalczyć, mimo że wydawało się mało realne "dojście" jej. Przed laskiem ona grzęznie w piachu, więc zmniejszyłam dzielący nas dystans. Wpadamy na ostatnią asfaltową prostą i ostrrooo do mety, i finisz, i daję radę przed metą wyprzedzić:-))) I moja radość jest przeogromna:-), takiej satysfakcji i zadowolenia z siebie jeszcze nigdy nie doświadczyłam:-) Za metą chwycił mnie taki skurcz łydki, ża prawie spadłam z rowera, nie mogłam ustać...i tak trzymało i na sekundę puszczało i znów...masakraaaaa...jutro do apteki po magnez z Markiem biegniemy. Po chwili wjeżdża Marecki z mega- też usatysfakcjonowany:-) I bardzo się cieszymy!!! Sprawdzamy oczywiście tablicę wyników i ja poprostu jestem w szoku, bo się okazuje, że załapuję się na pudło- 3 miejsce w swojej kategorii:-) Kolejna niespodzianka:-)...a koledzy z teamu chyba w lekkim szoku.
Przebieramy się, zaliczamy dekorację mini:-))) i idziemy na kawę do Bartka i Piotrka. I to nie koniec niespodzianek...na tomboli Marek wygrywa błotniki a Piotr i Irek okulary:-)
Ach, niesamowity był ten dzień...na pewno zapamiętam na długo, bo pomógł mi na nowo uwierzyć w siebie, dał powera do dalszego trenowania i wzmocnił mnie mentalnie:-)))
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )