Z Markiem 1 pętla. Mam dziś urlop, tak więc szansa na trening. Parkujemy w Kuźnicy. Jutro ruszamy do Istebnej:-) Ostatni górski wyścig, potem jeszcze za tydzień i koniec sezonu:-)
Objechaliśmy dzisiaj trasę ubiegłorocznego wyścigu w Wolsztynie. Marek z Piotrem dojechali do Kuźnicy rowerami i tam się spotkaliśmy- ja podjechałam autem. W planach 2 pętle i udało się choć szczerze mówiąc bałam się tej drugiej. Wyszła ona jednak krótsza, bo zabrakło dojazdu do mety od rozjazdu, ale i tak zrobiłam dziś jak na mnie niezły trening. Powyżej 2h na rowerze zaczyna mnie boleć kark.
Niespodziewanie wyszedł dziś fajny trening. Wyszliśmy na rower późno, ok.17.30 i z zapowiedzi Marka miało być krótko w terenie. Ruszamy na Leśne Domki, tam orientuję się, że obieramy kierunek na Kuźnicę. W Borui kierujemy się w stronę jeziora, więc myślę sobie, że chyba będziemy objeżdżać jezioro, jednak za Oazą niespodziewanie Marecki wjeżdża w leśną boczną ścieżynkę i twierdzi, że gdzieś niedaleko stąd "biegnie" fragment trasy wyścigu z Wolsztyna. Zastanowił się dwa razy i trafił! Byłam w szoku, jak on to robi. Wjechaliśmy więc na ok.10km odcinek trasy z podjazdami, zjazdami, podprowadzeniami i singielkami nad brzegiem jeziora. Ściemniało się coraz szybciej i jak już wróciliśmy nad jezioro Kuźnickie to myślalałam, że wrócimy asfaltem. Marek odbija jednak na powrót w las na Leśne Domki. I wracamy już do domu po ciemku- maksymalnie wykorzystany dzisiejszy dzień i w sumie jak dla mnie całkiem niezły trening wyszedł, choć nie było tego w planach.
Po pracy wyruszamy autem na Liny z Piotrem i Bartkiem, stamtąd już na bike`ach trasą wyścigu robimy prawie 2 pętle. Odpuszczamy ostatni fragment naokoło jeziora, bo robi się ciemno i Markowi ułamało się siodełko. Chłopaki rekreacyjnie, dla mnie dobry trening.
Dzisiejszy wypad powinnam przemilczeć...Marek sugeruje dziś "delikatny teren". On umówił się z Marianem, tak więc jadę razem z nim a potem planuję powrót. Ruszamy na Nądnię i dalej nad torem do Zbąszynka...po 15 minutach jazdy ja nie jestem już w tlenie...dobijamy pod dom Marianka i Marek stwierdza, że mam wracać szosą do domu, bo cyt...."i tak już jesteś zajechana"...Zawracam więc zgodnie z planem, ale wracam też nad torem a potem jeszcze z Nądni przez łąki i promenadą. Kawałek jeszcze po parku i do domu. Upał okropny, ale generalnie chyba nie upał jest przyczyną tego "spadku mocy"...szału nie ma...Niech już ten sezon się kończy.
Marek, Piotrek wyruszyli z Przyprostyni, po drodze w Babimoście zgarnęli Tomka a ja dotarłam na Liny autem. Tam kręcimy pętlę z zawodów. Oczywiście spowalniałam chłopakom jazdę, ale subiektywnie nienajgorzej mi się jechało, no i czuć różnicę po zmianie opon na Cross Marki.
Gdyby nie Marek to bym nie zrobiła treningu...tak mi się nie chciało. Ciężko się jechało po imprezie, tętno wyższe niż zazwyczaj, no ale dobrze, że się zmobilizowałam.
Ostatni dzień naszego pobytu w Bielawie, więc zbieramy się z Markiem, żeby jeszcze wykorzystać ten czas na rowerach. Początkowo testujemy kolejną możliwość dotarcia na Trzy Buki- tym razem drogę na wprost od sadu. I okazuje się, że jest ona krótsza, ale jak dla mnie pod koniec już "zabójcza"...ostatnie 150m prowadzę. Błoto. Na Trzech Bukach decydujemy, że ruszamy na Przełęcz Jugowską czarnym szlakiem. Na Przełęczy postanawiamy jednak zaatakować Wielką Sowę. Stamtąd prowadzi niebieski kamienisty szlak pod górę- supwer mi się nim jechało. Końcówka czerowym na Sowę to pokaz umiejętności techniczno-siłowo-wytrzymałościowych Marka na podjeździe kamienistym wąwozem. Ja też próbowałam na pewno więcej niż jeszcze w maju. Chwilę odpoczywamy na Sowie i zjeżdżamy w kierunku Koziego Siodła po kamlotach- przełamuję się i zjeżdżam- cała napięta i zestresowana, ale się kulam starając się nie hamować...i to faktycznie działa...koncetruję się tylkko na prowadzeniu przedniego koła pomiędzy kamlotami lub na nich. I udało mi się to zjechać:-) w tej kwestii jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale te kilka dni pobytu w Górach Sowich okazało się niezłym obozem kondycyjnym i myślę, że jeżdżę coraz odważniej:-) Dotarliśmy ostatecznie do kamionek i stamtąd wzdłuż ściany lasu docieramy do Hotelu Dębowego. Super było dzisiaj. Żal było wracać. Ile jeszcze tras nieprzejechanych w tych górach i pozostałych...w głowie się nie mieści...do końca życia pewnie nie zjeździmy wszystkiego. Naładowałam akumulatory górksimi widokami i teraz musi mi to wystarczyć...
Nareszcie w górach:-) wybłagaliśmy jeszcze kilka dni urpopu i jesteśmy u brata. W niedzielę maraton w Głuszycy, więc będziemy mieli blisko. Marek szalał dziś na szosie a ja krótko pod wieczór w terenie. Trasa standardowa- Hotel Dębowy, Kawka, Trzy Buki, Leśny Dworek i do domu. Na początek wystarczy. Podjazd na Kawkę wyszedł mi o wiele lepiej niż do tej pory:-)
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )