Wybraliśmy się wpólnie, pomimo ochłodzenia. Kierunek na Chobienice, Zakrzewo, Belęcin, Tuchorzę, Boruję, Stefanowice, Chrośnicę i powrót do Zbąszynia. Pod wiatr było ciężko. Chłopaki mnie w większości osłaniali. Po 1,5h godzinie zaczęłam jednak marznąć.
Marek wybrał się na bieg noworoczny z biegaczami klubu a ja na krótką przejażdżkę naokoło Strzyżewa. Wrażenia z jazdy na nowym amorze- nieopisane...różnica kolosalna a to była zaledwie jazda po szosie. Co to będzie w terenie:-)
Dziś wolny dzień w prezencie od szefowej, więc nareszcie czas na coś innego niż tylko praca. Postanawiam zebrać się na rower mimo pochmurnego nieba. Traska naokoło jeziora, Marka trekiem. Dmucha wiatr, kropi deszcz, ale jechało się fajnie. Rower mnie jednak nadal cieszy...a już rozbroiło mnie totalnie spotkanie z Jankiem przed Nądnią- też na bike`u:-)
Poczułam dzisiaj nieodpartą chęć przejażdżki rowerem...Mój bike coprawda nie został jeszcze doprowadzony do porządku po ostatnim, "pamiętnym" wyścigu tego sezonu, ale to nic... Marek też się zebrał po pracy i pojechaliśmy. Przetestowaliśmy nową ścieżkę rowerową do Nądni, potem naokoło jeziorka ale od Nowej Wsi wśród kolorowych liści nad brzegiem. Super było- rewelacyjne jesienne słońce. Czułam się jakoś nieswojo na rowerze...jakbym siedziała za wysoko itp. odczucia...to niesamowite jak człowiek szybko odzwyczaja się od jazdy...minęło zaledwie (albo aż) 28 dni od wyścigu. Wróciliśmy od Perzyn przez tamę i park. Poprawiłam sobie dzisiaj nastrój tym wypadem:-)
Krótko i treściwie...KO! Najdłuższy mój wyścig- trasa interwałowa, masa piachu, podjazdy i liczne zjazdy. Pierwsza pętla ok- jechało mi się dobrze, rany nie dokuczały- Marek zrobił mi super opatrunki. Po pierwszej pętli decyduję się ryzykować dystans mega- walczyłam w końcu o pozycję w generalce... I taką sobie krzywdę zrobiłam, że coś strasznego- skoki tętna, mroczki przed oczami, wymioty, zawroty głowy, potworne skurcze...od 40 km miałam 2 takie poważne kryzysy. Po dojeździe na metę nie wiedziałam gdzie jestem. Jak dobrze, że Marek pojechał ze mną ten dystans...umarłabym pewnie w lesie nieodnaleziona przez nikogo... wspierał i czekał aż zbiorę siły, ale w żadnym momencie nie pomógł mi fizycznie np. pomagając pchać rower. To był ostatni wyścig sezonu, ostatnia walka. Straciłam w niej dużo zdrowia- całą noc nie spałam, mam skoki ciśnienia- od wysokiego po niskie, jestem wyczerpana...zwalniałam się nawet dzisiaj z pracy, bo nie mogłam ustać na nogach. I w sumie powinnam mieć satysfakcję, bo cel osiągnęłam- 4 miejsce w generalce...jaka szkoda tylko, że wszystko zepsuli organizatorzy- na dekoracji nie zostałam w ogóle ujęta, moja główna rywalka miała satysfakcję, że jest przede mną w generalce a wcale tak nie jest...dziejsze wyniki na stronie wyścigu nie zgadzają się z wczorajszymi. Bardzo to przykre!!! Kolejne rozczarowanie w tak krótkim czasie- najpierw niesprawiedliwy werdykt w walce o Suzuki podczas finału cyklu Powerade`a, teraz ten burdel w wynikach klasyfikacji GP Kaczmarek Electric...Mam niesmak na koniec sezonu i zamiast cieszyć się osiągnięciami, to zaczynam się zastanawiać w imię czego? Człowiek cieszy się z sukcesów, podnosi po porażce, trenuje, 3/4 życia podporządkowuje zawodom i po to, żeby na koniec przez błędy innych nie zostać w ogóle prawidłowo sklasyfikowanym... Sport to zdrowie?!...ja tracę co roku niestety coraz więcej zdrowia...i czym bardziej się w to angażuję, tym większe spustoszenia w mojej psychice...Cóż...może poprostu nie nadaję się do uprawiania żadnego sportu, może jestem za mało odporna? Choć to w sumie rower dał mi większą pewność siebie i upór w dążeniu do celu...
Dane z pulsometru szacunkowe, bo po wjeździe na metę ktoś mi go zresetował
Ostatni piątek, kiedy wracam szybciej z pracy. Piękne słońce, więc mimo poturbowania postanawiam wyjść na rower. Chce mi się! To jest dziwne...przed upadkiem jak miałam jechać to marudziłam, że już mi się nie chce i czekałam na koniec sezonu...jak to się człowiekowi odmienia, kiedy się potrzaska... Piękne słoneczko, fajna przejażdżka na Babimost ze świadomością, że to już ostatnie chwile na bike`u. Nie wiem nadal co z niedzielnym wyścigiem...
Plany treningowe pokrzyżowane przez moje obrażenia, ale szarpię się jeszcze i jedziemy z Markiem do Kuźnicy autem. Tam montuję się na rower i próbuję jechać...na pierwszym zjeździe już niestety ryczę z bólu, bo wstrząsy są nie do zniesienia dla pośladka i łokcia. Muszę maksymalnie hamować...nie wyobrażam sobie jazdy w niedzielę...może jedynie honorowo jedną pętlę w tempie żółwim uda mi się przejechać na zakończenie sezonu- i to byłby "sukces"...
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )