Dwa lata temu, gdy Marek po raz pierwszy wystartował w maratonie, mogłam o swoim starcie tylko pomarzyć...nie wkulnęłabym się wtedy nawet do Świątyni Wang. Dziś jednak stanęłam na starcie, coprawda na tym niedocenianym dystasie mini, ale mimo to z pełną pokorą wobec tego, co może się dziać na tym wyścigu. Od rana niestety deszcz; na szczęście udało się wystartować jak nie padało. Pierwszy podjazd asfaltowy, w mojej ocenie nienajgorszy- równo, swoim tempem, jak mnie niektórzy wyprzedzali to po chwili się "gotowali" i tak się wyprzedzaliśmy co jakiś czas. Potem jednak zaczęła się "jazda"...pierwszy zjazd a moje nogi się trzęsą i to tak, że nie jestem w stanie nad tym panować. Generalnie... TO BYŁA JAKAŚ MASAKRA! Miałam śmierć w oczach na tych technicznych zjazdach...dziś mój instynkt samozachowawczy wziął górę nad chęcią ścigania.. w związku z tym można powiedzieć, że jechałam jak d...albo raczej- dokładnie rzecz biorąc -w wielu miejscach sprowadzałam rower...I nie wyobrażam sobie jak ludzie zjeżdżają te odcinki, których ja nie mogłam zejść? To jest dla mnie póki co największa zagadka...i nasunęła mi się taka refleksja i wątpliwość- czy ktoś kto się nie boi i zjeżdża takie masakryczne zjazdy może powiedzieć, że ma 100% pewności, że go zjedzie cało i zdrowo? Bo ja realnie bałam się o swoje życie i zdrowie...ale moje umiejętności są w związku z tym jak widać potwornie kiepskie... No i dlatego to, co nadrobiłam na podjazadach straciłam spacerując na technicznych zjazdach. Tak czy inaczej, fajnie było tego doświadczyć:-) I miałam satysfakcję, że dojechałam, wyścig ukończyłam, że się nie potrzaskałam. A ogólnie- 7 msc. K3.
Pierwszy wyścig z cyklu Grand Prix Kaczmarek Electric. Nie mogłam już dospać- załamał mnie deszcz padający całą noc. W ogóle oboje z Markiem jakoś bez chęci wyjeżdżaliśmy dzisiaj na wyścig. Po odebraniu nr startowych chłopaki mnie zestresowali, twierdząc, że punkty do klasyfikacji generalnej kobiet cyklu lubuskiego zostaną uznane tylko w przypadku dystansu mega. No i miałam nieoczekiwany dylemat, co jechać mini czy mega (w sumie to nadal ta kwestia jest niejasna). Do tej pory nie ścigałam się na takim dystansie. Nie trenuję w ogóle tyle godzin. Miałam setki myśli w głowie i realnie bałam się, że tego wyścigu poprostu nie dam rady ukończyć. Poza tym nastawiłam się psychicznie na mini a nie przygotowałam ani fizycznie a tym bardziej psychicznie na mega... Jednak próbę podjęłam. Z perspektywy czasu myślę teraz, że to było dobre posunięcie dla mojej „głowy”, bo przełamałam siebie, wygrałam dzisiaj sama ze sobą, z własnymi słabościami i z niewiarą w to, że mogę ukończyć ten dystansJ Dlatego jestem, pomimo zmęczenia, potwornie usatysfakcjonowanaJ A wyścig wyglądał mniej więcej tak: do 15 km w dobrym tempie trzymam się za moją konkurentką, która się co chwilę obraca i sprawdza, czy mnie zgubiła. Potem już jednak mi ucieka (jak się okazało na mecie zmieniła zdanie w trakcie wyścigu i zjechała na dystans mini, dlatego dobrze, że nie przyszło mi do głowy, żeby gonić ją za wszelką cenę) i właściwie do końca walczyłam już sama w sporadycznym towarzystwie panów. Druga pętla i nie wyobrażam sobie, jak możliwe jest dotrwanie do mety. Od 30km jadę już bardziej „ostrożnie”, bo zaczynają mnie łapać skurcze. Podnoszą mnie trochę na duchu krótkie pogawędki z pewnym kolegą i towarzyszem niedoli, który też jedzie ten dystans pierwszy raz i którego też łapią skurcze. W międzyczasie modlę się o siłę i o to, żeby nie spotkało mnie to co w Murowanej Goślinie na mecie- takie skurcze, że nie mogłam nawet ustać. Powtarzam sobie w głowie, że dam radę, że już coraz bliżej, że ukończę wyścig. Trzecią pętlę pokonuję prawie samotnie, nie widzę nikogo przed sobą ani za sobą. Jadę już praktycznie „głową”, bo bolą mnie plecy, nogi robią się coraz cięższe. Dziś po raz pierwszy to Marek czeka na mnie na mecie. Docieram jak się okazuje jako V. Moją satysfakcję z dzisiejszego wyścigu psuje trochę jego organizacja i różne dziwne posunięcia (...) Ale trasa była fajna, podobała mi się.
Kolejny start. Dzisiaj zaczęły się zmagania zielonogórskiego i zarazem lubuskiego Grand Prix. Trasa ta sama, co w ubiegłym roku- jedynie dystans uległ zmianie- dołożono 1 pętlę. Od wczoraj dokuczał mi zakwas w lewym podudzie. Na szczęście obyło się bez skurczy. Po wyścigu możliwość darmowego masażu:-) Dzisiaj chłopaki triumfowały na podium. Dla mnie było ono dziś nieosiągalne, czołówka pań poza moim zasięgiem. Tak więc miejsce V, trochę jestem niepocieszona, bo miałam "apetyt" na IV(...)Jednak c.d.n.
Ten wyścig Marek wynalazł rok temu, ale już po czasie. Blisko nas, w sumie do końca nie wiedzieliśmy, czy pojedziemy. Ja byłam bliska zostania w domu, żeby jednak się trochę oszczędzić po tym górskim kręceniu. Ale oczywiście spakowałam się i wgramoliłam do auta, mimo złego samopoczucie i okropnego zimna +3st. Jadę bez chęci. Docieramy z Marianem i Mikołajem na miejsce i ja dogorywam w aucie z powodu niedyspozycji. W głowie setki myśli- jechać- nie jechać...przecież źle się czuję, boli mnie brzuch, przecież zimno, ale z drugiej strony to chociaż zrobię trening, przecież nie wytrzymam patrząc na nich, przecież zaledwie 2 pętle... Postanawiam rzucać monetą i ułatwić sobie podjęcie decyzji- wychodzi reszka, czyli miałam nie jechać. I idę się wtedy zapisać... Robimy rozgrzewkę 1 pętlę, no i ustawiamy się na starcie. Jest kilka babek, więc będzie ściganie. Ruszają ostro. Jedna już poza możliwościami dojścia. Doganiam drugą i potem wyprzedzam następną na 2km. I tak grzeję jak mogę najszybciej. Po chwili orientuję się, że ona siedzi mi na kole. Ciągnę jak osiołek pod wiatr, pod górę a ona się wiezie. Myślę sobie, może powiem jej, żeby zmieniła, ale zaraz w głowie pojawia się myśl, że przecież nie pokażę, że jestem słabsza, no i Marecki pewnie też by nie poprosił o zmianę. Druga pętla, sytuacja nie ulega zmianie,w dalszym ciągu mam pasażerkę na gapę, więc szykuję się mentalnie do walki na finiszu. Ostatni asfaltowy podjazd. Czekam, żeby za szybko nie stanąć na pedały. Końcówka podjazdu, koleżanka budzi się do życia i mnie wyprzedza...daję na maxa, jeszcze się obraca i patrzy, czy ją gonię...Nie dałam rady. Jak to się mówi, wiozła się cały wyścig i wzięła na kresce... Za metą musiałam się wypłakać w ustronnym miejscu z żalu... oj psychicznie zabolało. Znów nie odczarowałam 3 miejsca. Ale jeden pożytek z tego mojego dzisiejszego startu- sama nie zrobiłam takiego treningu, więc chyba ok...
Mój pierwszy górski wyścig:-) Ukończyłam cało i zdrowo:-) i utrzymałam po raz trzeci 3 miejsce:-) Stresa miałam okropnego przed startem. Poprostu się bałam, zwłaszcza tych zjazdów, o których opowiadał Piotr. Przed startem zagaduje Jagna z koleżanką i się oficjalnie poznajemy. Ruszamy razem. Nawe nie marzę o tym, żeby się z nią ścigać, ale poczatek wyglądał nienajgorzej. Podjazd na Jawornik Wielki...do ok.6km mam ją w zasięgu wzroku, jest niedaleko. Ostatnie km podjazdu to już się robi dla mnie masakra...ale jadę i jestem z siebie dumna, że podjeżdżam, gdy inni prowadzą. Na 2km przed końcem podjazdu dochodzi mnie koleżanka Jagny i czuję jej oddech na plecach. Wdrapujemy się i się zaczyna...Pierwszy techniczny zjazd...zaczynam go zjeżdżać i nagle strach mnie paraliżuje, z ledwością się zatrzymuję i z trudem sprowadzam. Potem już staram się jechać. Sztywnieje mi kark i ręce od hamowania. Zdecydowanie dystans mini okazuje się w sam raz na poczatek ścigania w górach. To było super przeżycie, z wielka satysfakcją dotarłam na metę- szczęśliwa, że żyję:-)
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )