Dolsk...do tej pory kojarzyłam go tylko z praktykami i obozem, który mieliśmy na studiach. Po dzisiejszych zawodach zapamiątam piach! Było go o wiele więcej niż w Murowanej. Zmartwił mnie dzisiaj ból podbrzusza, który dopadł mnie na 6 km i nie puszczał przez następne 5. Przestraszyłam się i już miałam wizję różnych niekorzystnych zdarzeń...Na szczęście od połowy trasy przeszło i dostałam "drugie życie". Dziś poza krótką rywalizacją z jedną babką to w sumie ścigałam się z panami. Jednego udało mi się taktycznie ładnie pozbyć 3km przed metą...chyba nie była zadowolony- tym bardziej, że cały czas się obracał i sprawdzał, czy mnie zgubił. Dzisiaj wyścig krótki, dystans krótszy niż w opisie. Udało mi się obronić 3 miejsce, więc kolejny pucharek do kolekcji:-)
No i zaczęło się:-))) Nie sądziłam, że dla mnie będzie to tak cudowny początek:-) Ale po kolei... Atmosfera przed startem wyjątkowo fajna ze względu na to, że pierwszy raz startowaliśmy w naszym teamie- Marek, Piotr, Bartek, Irek i pan Stasiu. Poza tym kubicujący nam na starcie i mecie rodzice Piotra i Bartka dodawali otuchy. Połowę dystansu jechało mi się bardzo dobrze. Dałam radę zrobić wszystkie podjazdy- moja radość była niebywała po wjeździe na Dziewiczą i zjeździe z tego tzw. "killera". Aż głupio się czułam z tym, że na podjazdach musiałam prosić o wolne miejsce:-) Do tej pory nie miałam okazji tego doświadczać:-) Super uczucie, gdy reszta prowadzi a ja mogę podjechać:-) Że już nie wspomnę o tym, że nie mogłam się nadziwić, kiedy dogoniłam i wyprzedziłam znajome, które w ubiegłym sezonie były dla mnie nieosiągalne. Walka zaczęła się jednak tak naprawdę za Dziewiczą Górą, kiedy zaczęły mnie łapać skurcze w prawej łydce. Agnieszka się chyba wkurzyła i mnie wyprzedziła... Nie śniłabym nawet o tym, że będę się z nią ścigać no ale... próbowałam tę łydkę jakoś oszczędzić trochę ale potem zaczęły się piaski pod wiatr, więc nie bardzo się dawało...Agnieszka więc się oddalała, starałam się nie tracić jej z zasięgu wzroku. Na 5km przed metą postanowiłam jeszcze zawalczyć, mimo że wydawało się mało realne "dojście" jej. Przed laskiem ona grzęznie w piachu, więc zmniejszyłam dzielący nas dystans. Wpadamy na ostatnią asfaltową prostą i ostrrooo do mety, i finisz, i daję radę przed metą wyprzedzić:-))) I moja radość jest przeogromna:-), takiej satysfakcji i zadowolenia z siebie jeszcze nigdy nie doświadczyłam:-) Za metą chwycił mnie taki skurcz łydki, ża prawie spadłam z rowera, nie mogłam ustać...i tak trzymało i na sekundę puszczało i znów...masakraaaaa...jutro do apteki po magnez z Markiem biegniemy. Po chwili wjeżdża Marecki z mega- też usatysfakcjonowany:-) I bardzo się cieszymy!!! Sprawdzamy oczywiście tablicę wyników i ja poprostu jestem w szoku, bo się okazuje, że załapuję się na pudło- 3 miejsce w swojej kategorii:-) Kolejna niespodzianka:-)...a koledzy z teamu chyba w lekkim szoku.
Przebieramy się, zaliczamy dekorację mini:-))) i idziemy na kawę do Bartka i Piotrka. I to nie koniec niespodzianek...na tomboli Marek wygrywa błotniki a Piotr i Irek okulary:-)
Ach, niesamowity był ten dzień...na pewno zapamiętam na długo, bo pomógł mi na nowo uwierzyć w siebie, dał powera do dalszego trenowania i wzmocnił mnie mentalnie:-)))
Ostatni wyścig z serii GP Kaczmarek Electric i ostatni wyścig w sezonie. Trasa bardzo ciekawa, interwałowa. Ściganie na maxa- najpierw pogoń, potem ucieczka. Wysiłek duży...chyba pobiłam dziś rekord średniego tętna...:-))) Kończę sezon usafysfakcjonowana:-) Dziś miejsce 9 i 2 miejsce w klasyfikacji GP
I znów miałam dylemat- czy startować?... bo od czwartku walczę z przeziębieniem. Oczywiście wbrew rozsądkowi wystartować trzeba było. Trasa bardzo ciekawa, długie podjazdy, kilka niezłych zjazdów. Czułam się dziś kiepsko, organizm jednak osłabiony. Miejsce: 2 w swojej kategorii i w open kobiet
Mój drugi start w Bike Maratonie. Nareszcie mogłam czynnie poddać się tej atmosferze. Poszło bardzo dobrze- wykręciłam trzecie miejsce w K2- ostatni rok w tej kategorii. Trasa płaska, kilka mocno piaszczystych odcinków, jechało mi się dobrze. Jak już powyprzedzałam te babki, co się dało to pozostali mi mężczyźni:-)...ku ich zdenerwowaniu. Jedyne co mi się nie podobało to za krótka trasa...przegięcie z tymi 16km...
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )