MTB Kaczmarek Electric SULECHÓW
Niedziela, 15 maja 2011
· Komentarze(0)
Kategoria Zawody MTB
Pierwszy wyścig z cyklu Grand Prix Kaczmarek Electric. Nie mogłam już dospać- załamał mnie deszcz padający całą noc. W ogóle oboje z Markiem jakoś bez chęci wyjeżdżaliśmy dzisiaj na wyścig. Po odebraniu nr startowych chłopaki mnie zestresowali, twierdząc, że punkty do klasyfikacji generalnej kobiet cyklu lubuskiego zostaną uznane tylko w przypadku dystansu mega. No i miałam nieoczekiwany dylemat, co jechać mini czy mega (w sumie to nadal ta kwestia jest niejasna). Do tej pory nie ścigałam się na takim dystansie. Nie trenuję w ogóle tyle godzin. Miałam setki myśli w głowie i realnie bałam się, że tego wyścigu poprostu nie dam rady ukończyć. Poza tym nastawiłam się psychicznie na mini a nie przygotowałam ani fizycznie a tym bardziej psychicznie na mega... Jednak próbę podjęłam. Z perspektywy czasu myślę teraz, że to było dobre posunięcie dla mojej „głowy”, bo przełamałam siebie, wygrałam dzisiaj sama ze sobą, z własnymi słabościami i z niewiarą w to, że mogę ukończyć ten dystansJ Dlatego jestem, pomimo zmęczenia, potwornie usatysfakcjonowanaJ
A wyścig wyglądał mniej więcej tak: do 15 km w dobrym tempie trzymam się za moją konkurentką, która się co chwilę obraca i sprawdza, czy mnie zgubiła. Potem już jednak mi ucieka (jak się okazało na mecie zmieniła zdanie w trakcie wyścigu i zjechała na dystans mini, dlatego dobrze, że nie przyszło mi do głowy, żeby gonić ją za wszelką cenę) i właściwie do końca walczyłam już sama w sporadycznym towarzystwie panów. Druga pętla i nie wyobrażam sobie, jak możliwe jest dotrwanie do mety. Od 30km jadę już bardziej „ostrożnie”, bo zaczynają mnie łapać skurcze. Podnoszą mnie trochę na duchu krótkie pogawędki z pewnym kolegą i towarzyszem niedoli, który też jedzie ten dystans pierwszy raz i którego też łapią skurcze. W międzyczasie modlę się o siłę i o to, żeby nie spotkało mnie to co w Murowanej Goślinie na mecie- takie skurcze, że nie mogłam nawet ustać. Powtarzam sobie w głowie, że dam radę, że już coraz bliżej, że ukończę wyścig. Trzecią pętlę pokonuję prawie samotnie, nie widzę nikogo przed sobą ani za sobą. Jadę już praktycznie „głową”, bo bolą mnie plecy, nogi robią się coraz cięższe.
Dziś po raz pierwszy to Marek czeka na mnie na mecie. Docieram jak się okazuje jako V.
Moją satysfakcję z dzisiejszego wyścigu psuje trochę jego organizacja i różne dziwne posunięcia (...) Ale trasa była fajna, podobała mi się.
A wyścig wyglądał mniej więcej tak: do 15 km w dobrym tempie trzymam się za moją konkurentką, która się co chwilę obraca i sprawdza, czy mnie zgubiła. Potem już jednak mi ucieka (jak się okazało na mecie zmieniła zdanie w trakcie wyścigu i zjechała na dystans mini, dlatego dobrze, że nie przyszło mi do głowy, żeby gonić ją za wszelką cenę) i właściwie do końca walczyłam już sama w sporadycznym towarzystwie panów. Druga pętla i nie wyobrażam sobie, jak możliwe jest dotrwanie do mety. Od 30km jadę już bardziej „ostrożnie”, bo zaczynają mnie łapać skurcze. Podnoszą mnie trochę na duchu krótkie pogawędki z pewnym kolegą i towarzyszem niedoli, który też jedzie ten dystans pierwszy raz i którego też łapią skurcze. W międzyczasie modlę się o siłę i o to, żeby nie spotkało mnie to co w Murowanej Goślinie na mecie- takie skurcze, że nie mogłam nawet ustać. Powtarzam sobie w głowie, że dam radę, że już coraz bliżej, że ukończę wyścig. Trzecią pętlę pokonuję prawie samotnie, nie widzę nikogo przed sobą ani za sobą. Jadę już praktycznie „głową”, bo bolą mnie plecy, nogi robią się coraz cięższe.
Dziś po raz pierwszy to Marek czeka na mnie na mecie. Docieram jak się okazuje jako V.
Moją satysfakcję z dzisiejszego wyścigu psuje trochę jego organizacja i różne dziwne posunięcia (...) Ale trasa była fajna, podobała mi się.



