Marek, Piotrek wyruszyli z Przyprostyni, po drodze w Babimoście zgarnęli Tomka a ja dotarłam na Liny autem. Tam kręcimy pętlę z zawodów. Oczywiście spowalniałam chłopakom jazdę, ale subiektywnie nienajgorzej mi się jechało, no i czuć różnicę po zmianie opon na Cross Marki.
I znów totalny brak chęci na wyścig od rana, no ale nie poddajemy się z Markiem i jedziemy. Na miejscu jesteśmy jako jedni z pierwszych, procedura standardowa- rejestracja, szykowanie sprzętu, przebieranie i rozgrzewka. Postanawiam dziś nie robić całej pętli na rozgrzewce- przejeżdżam więc początek trasy i końcówkę. Na starcie okazuje się, że startują tylko trzy babki- Ania, Aga i ja. Liderka Paulina odpuściła sobie dzisiejsze ściganie. Krótka pogawędka z Agnieszką na linii startu, śmiejemy się, że może zrobimy sobie w trójkę rundę honorową wokół kąpieliska i odpuścimy rywalizację, ale to oczywiście tylko żarty:-)O 11 startujemy no i jak zazwyczaj na początku na pierwszej prostej Aga mnie wyprzedza. Więc gonię ją, staram się w tym nie przeginać, bo mamy 2 pętle do przejechania. Na podjeździe szutrowym ona jakby troszkę "odchodzi", ale doganiam na podjeździe pomiędzy drzewami. Dalej znów utrzymuje mniej więcej taką samą ok. 10 metrową przewagę...aż do długiego, stromego podjazdu, który udało mi się do 3/4 pokonać na rowerze, Aga tam prowadzi. Za tym podjazdem małe wypłaszczenie i zjazd. I tam diabeł we mnie wstępuje, bo w ogóle nie hamuję...gnam. Za jakiś czas oglądam się i Agi nie widzę. Uciekam więc, cisnę. Przejeżdżam linię stratu i mety i druga pętla, chyba już jednak nieco "spokojniejsza" bo Agnieszka "zaginęła". Krótka rozmowa z p.Zdzisławem :-) no i do mety po sreberko:-)))Udało się:-) choć jestem już naprawdę zmęczona tymi cotygodniowymi startami...to był 16-ty wyścig w tym sezonie.
Gdyby nie Marek to bym nie zrobiła treningu...tak mi się nie chciało. Ciężko się jechało po imprezie, tętno wyższe niż zazwyczaj, no ale dobrze, że się zmobilizowałam.
Już myślałam, że Marek i Miki zrezygnują z treningu, bo pogoda nieciekawa...Jednak sprężyli się i to mnie zmobilizowało. W planie delikatnie i krótko, tylko razem z nimi wyruszyłam. Jechało się kiepsko, dodatkowo wkurzający wiatr. W Nądni łapie mnie deszcz i wracam cała przemoczona. Za to Marecki wrócił suchy- żadna chmura ich nie dopadła.
Kolejny wyścig z serii GP MTB Amatorów Województwa Lubuskiego. W Czerwieńsku po raz pierwszy i muszę przyznać, że miejsce i organizacja pozytywnie nas zaskoczyły. W Hali Sportowej Lubuszanka można było skorzystać z pryszniców, dobry żurek na posiłek, żadnych "zamotań" podczas dekoracji, tak więc wrażenia pozytywne. A wyścig...cóż...Rozgrzewkowo przejechałam jedną pętlę i wiedziałam, że szału nie będzie, bo masa piachu. Mało pań tym razem. Nieobecność Kasi i Agi sprawiła, że stojąc na linii startu stwierdziłam, że chyba mi się nie chce jechać..:-) Jak się potem okazało miałam co robić. Już na pierwszym piaszczystym zjeździe (którego ja spierniczyłam) wyprzedza mnie jakaś nowa zawodniczka i szybko znika...początkowo miałam pomysł, żeby ją gonić ale sił nie miałam. Zjawia się kolejna rywalka i wyprzedza mnie, stopniowo powiększa przewagę, ale staram się mieć ją w zasięgu wzroku. Przewraca się na piaszczystym podjeździe, więc ją doganiam...nie na długo, bo znowu mi odchodzi. Gonimy ją razem z panem Zdzisławem. Na koniec pierwszej pętli jestem już tuż za nią. Druga pętla i sytuacja znów wygląda podobnie. Szans na wyprzedzenie nie było zupełnie, jedyna opcja w mojej głowie to dojechanie jak najbliżej i szansa na finiszu...Koleżanka podkręca tempo, ja już resztką sił, sapiąc zostawiam p. Zdzisława i gnam za nią... i plan swój zrealizowałam:-) Ostatni kilometr staram się być tuż za nią i planuję atak na połowie ostatniej prostej w lesie wiedząc, że jak się spóźnię to nic z tego, bo przed metą będzie ostro w lewo i z krawężnika już tylko 5m do mety. I tak też zrobiłam- wychodzę na lewą stronę i cisnę, koleżanka również, ale nie daje rady na finiszu. Mam satysfakcję, choć zmęczył mnie potwornie ten wyścig. Tuż po nas wpada na metę kolejna rywalka, która deptała mi "po piętach" na drugim okrążeniu, ale jak stwierdza...co mnie doszła to jej na zjazdach odjechałam:-) Wyścig dla mnie ciężki- ciągła koncentracja, ciągła walka, ani chwili na odpoczynek i napicie się, jeden błąd, jeden zły ruch kierownicą i sytuacja mogła na finiszu ulec zmianie. Ostatecznie K/5
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )