MTB Wilcza Czerwieńsk
A wyścig...cóż...Rozgrzewkowo przejechałam jedną pętlę i wiedziałam, że szału nie będzie, bo masa piachu. Mało pań tym razem. Nieobecność Kasi i Agi sprawiła, że stojąc na linii startu stwierdziłam, że chyba mi się nie chce jechać..:-) Jak się potem okazało miałam co robić. Już na pierwszym piaszczystym zjeździe (którego ja spierniczyłam) wyprzedza mnie jakaś nowa zawodniczka i szybko znika...początkowo miałam pomysł, żeby ją gonić ale sił nie miałam. Zjawia się kolejna rywalka i wyprzedza mnie, stopniowo powiększa przewagę, ale staram się mieć ją w zasięgu wzroku. Przewraca się na piaszczystym podjeździe, więc ją doganiam...nie na długo, bo znowu mi odchodzi. Gonimy ją razem z panem Zdzisławem. Na koniec pierwszej pętli jestem już tuż za nią. Druga pętla i sytuacja znów wygląda podobnie. Szans na wyprzedzenie nie było zupełnie, jedyna opcja w mojej głowie to dojechanie jak najbliżej i szansa na finiszu...Koleżanka podkręca tempo, ja już resztką sił, sapiąc zostawiam p. Zdzisława i gnam za nią... i plan swój zrealizowałam:-) Ostatni kilometr staram się być tuż za nią i planuję atak na połowie ostatniej prostej w lesie wiedząc, że jak się spóźnię to nic z tego, bo przed metą będzie ostro w lewo i z krawężnika już tylko 5m do mety. I tak też zrobiłam- wychodzę na lewą stronę i cisnę, koleżanka również, ale nie daje rady na finiszu. Mam satysfakcję, choć zmęczył mnie potwornie ten wyścig. Tuż po nas wpada na metę kolejna rywalka, która deptała mi "po piętach" na drugim okrążeniu, ale jak stwierdza...co mnie doszła to jej na zjazdach odjechałam:-) Wyścig dla mnie ciężki- ciągła koncentracja, ciągła walka, ani chwili na odpoczynek i napicie się, jeden błąd, jeden zły ruch kierownicą i sytuacja mogła na finiszu ulec zmianie.
Ostatecznie K/5



