Gdyby nie Marek to bym nie zrobiła treningu...tak mi się nie chciało. Ciężko się jechało po imprezie, tętno wyższe niż zazwyczaj, no ale dobrze, że się zmobilizowałam.
Już myślałam, że Marek i Miki zrezygnują z treningu, bo pogoda nieciekawa...Jednak sprężyli się i to mnie zmobilizowało. W planie delikatnie i krótko, tylko razem z nimi wyruszyłam. Jechało się kiepsko, dodatkowo wkurzający wiatr. W Nądni łapie mnie deszcz i wracam cała przemoczona. Za to Marecki wrócił suchy- żadna chmura ich nie dopadła.
Kolejny wyścig z serii GP MTB Amatorów Województwa Lubuskiego. W Czerwieńsku po raz pierwszy i muszę przyznać, że miejsce i organizacja pozytywnie nas zaskoczyły. W Hali Sportowej Lubuszanka można było skorzystać z pryszniców, dobry żurek na posiłek, żadnych "zamotań" podczas dekoracji, tak więc wrażenia pozytywne. A wyścig...cóż...Rozgrzewkowo przejechałam jedną pętlę i wiedziałam, że szału nie będzie, bo masa piachu. Mało pań tym razem. Nieobecność Kasi i Agi sprawiła, że stojąc na linii startu stwierdziłam, że chyba mi się nie chce jechać..:-) Jak się potem okazało miałam co robić. Już na pierwszym piaszczystym zjeździe (którego ja spierniczyłam) wyprzedza mnie jakaś nowa zawodniczka i szybko znika...początkowo miałam pomysł, żeby ją gonić ale sił nie miałam. Zjawia się kolejna rywalka i wyprzedza mnie, stopniowo powiększa przewagę, ale staram się mieć ją w zasięgu wzroku. Przewraca się na piaszczystym podjeździe, więc ją doganiam...nie na długo, bo znowu mi odchodzi. Gonimy ją razem z panem Zdzisławem. Na koniec pierwszej pętli jestem już tuż za nią. Druga pętla i sytuacja znów wygląda podobnie. Szans na wyprzedzenie nie było zupełnie, jedyna opcja w mojej głowie to dojechanie jak najbliżej i szansa na finiszu...Koleżanka podkręca tempo, ja już resztką sił, sapiąc zostawiam p. Zdzisława i gnam za nią... i plan swój zrealizowałam:-) Ostatni kilometr staram się być tuż za nią i planuję atak na połowie ostatniej prostej w lesie wiedząc, że jak się spóźnię to nic z tego, bo przed metą będzie ostro w lewo i z krawężnika już tylko 5m do mety. I tak też zrobiłam- wychodzę na lewą stronę i cisnę, koleżanka również, ale nie daje rady na finiszu. Mam satysfakcję, choć zmęczył mnie potwornie ten wyścig. Tuż po nas wpada na metę kolejna rywalka, która deptała mi "po piętach" na drugim okrążeniu, ale jak stwierdza...co mnie doszła to jej na zjazdach odjechałam:-) Wyścig dla mnie ciężki- ciągła koncentracja, ciągła walka, ani chwili na odpoczynek i napicie się, jeden błąd, jeden zły ruch kierownicą i sytuacja mogła na finiszu ulec zmianie. Ostatecznie K/5
Początkowo "zabieram się do pociągu" w składzie- Marek, Piotrek, Bartek i Grzegorz...Pociąg relacji Przyprostynia- Kargowa. Oni na góralach, bo jadą w kargowskie lasy pośmigać w terenie a ja na Marka szosie. Jakoś starałm się trzymać to koło, ale jak Marek z Piotrem dawali zmiany, to miałam co robić... Koło jeziora w Linach rozstaję się nimi i ruszam samotnie na Babimost, Kosieczyn, Chlastawę. Odbijam jeszcze w Nądni naokoło jeziora i do domku. Na koniec robiłam jeszcze zryw, bo wpałam na pomysł, że może uda mi się w 2h zrobić 60km...ale zabrakło mi 1200m...
Ostatni dzień naszego pobytu w Bielawie, więc zbieramy się z Markiem, żeby jeszcze wykorzystać ten czas na rowerach. Początkowo testujemy kolejną możliwość dotarcia na Trzy Buki- tym razem drogę na wprost od sadu. I okazuje się, że jest ona krótsza, ale jak dla mnie pod koniec już "zabójcza"...ostatnie 150m prowadzę. Błoto. Na Trzech Bukach decydujemy, że ruszamy na Przełęcz Jugowską czarnym szlakiem. Na Przełęczy postanawiamy jednak zaatakować Wielką Sowę. Stamtąd prowadzi niebieski kamienisty szlak pod górę- supwer mi się nim jechało. Końcówka czerowym na Sowę to pokaz umiejętności techniczno-siłowo-wytrzymałościowych Marka na podjeździe kamienistym wąwozem. Ja też próbowałam na pewno więcej niż jeszcze w maju. Chwilę odpoczywamy na Sowie i zjeżdżamy w kierunku Koziego Siodła po kamlotach- przełamuję się i zjeżdżam- cała napięta i zestresowana, ale się kulam starając się nie hamować...i to faktycznie działa...koncetruję się tylkko na prowadzeniu przedniego koła pomiędzy kamlotami lub na nich. I udało mi się to zjechać:-) w tej kwestii jeszcze wiele muszę się nauczyć, ale te kilka dni pobytu w Górach Sowich okazało się niezłym obozem kondycyjnym i myślę, że jeżdżę coraz odważniej:-) Dotarliśmy ostatecznie do kamionek i stamtąd wzdłuż ściany lasu docieramy do Hotelu Dębowego. Super było dzisiaj. Żal było wracać. Ile jeszcze tras nieprzejechanych w tych górach i pozostałych...w głowie się nie mieści...do końca życia pewnie nie zjeździmy wszystkiego. Naładowałam akumulatory górksimi widokami i teraz musi mi to wystarczyć...
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )