Kolejny wyścig z cyklu Grand Prix Lubuskiego. Jechałam sama, Marek po chorobie odpuścił dzisiaj. Objazd pętli na rozgrzewce mnie załamał...zapowiadało się bowiem na więcej prowadzenia niż jazdy- ostre zjazdy, zjazdy po schodach, zjazdy z jednego wysokiego stopnia...byłam przerażona... Na starcie ruszyłam ostro i ...kompletnie nie wiem co robi adrenalina z człowiekiem, ale przejechałam to wszystko co wydawało się na rozgrzewce "samobójstwem" nie do przejechania. Było OK do V pętli- wtedy zaliczyłam upadek przy zjeździe na schodach...przednie koło stanęło, tylne poszło w górę a rower mnie przygniótł.Wstałam jednak i z bólem jechałam dalej-ostatnie 2 rundy nie pokusiłam się jednak zjeżdżać w tych najgorszych miejscach, bo nie byłam w stanie z bólu utrzymać kierownicy- ból nadgarstków, które przęjęły ciężar upadku... Ogólnie, mimo upadku utzymałam swoją początkową 4 pozycję i z wielką satysfakcją dojechałam "żywa" na metę:-) Cierpię teraz...nadgarskiem nie jestem w stanie w ogóle ruszyć z bólu, na łokciu rana, udo stłuczone.Mam nadzieję, że do zawodów w Krakowie dojdę do siebie:-)
Komentarze (4)
no i niestety...bez konsultacji chirurgicznej się nie obyło...złamania nie ma, ale jest zakaz jeżdżenia na rowerze przez kilka tygodni...i ręka w szynie na 10 dni...Chyba się zapłaczę:-((( A w niedzielę miał być BM w Krakowie, potem Świeradowie, Jeleniej Górze...Na dodatek jutro wyjazd do brata w Góry Sowie i to oznaczało fajne treningi w górach...:-(Marek będzie jeździć a ja się będę wkurzać z niemocy..
Też, byłem zszokowany tymi zeskokami i zjazdami i na początku trochę dreptałem z rowerem, ale potem zobaczyłem, że za dużo tracę i poszedłem na całość ;) Pozdrowionka
...niegdyś wróg wszelkiej aktywności i obserwator treningów męża... Obecnie, od roku..zarażona pasją rowerową:-) Jeżdżę sama lub z mężem (jeśli akurat raczy na mnie zaczekać:-) )